Zostałam „laską z siłki”

Tak, jak na przełomie starego i nowego roku byłam wrakiem człowieka, tak obecnie wydaje się, że nie zmierzam już kursem kolizyjnym ku autodestrukcji. Oczywiście wciąż towarzyszy mi strach, że zdarzy się coś, co wytrąci mnie z bezpiecznej trajektorii lotu. Ale z moim fatalizmem zdążyłam się już pogodzić. Aktywność fizyczna zawsze pomagała mi utrzymać się na właściwym torze. Tym bardziej cieszę się, że od niedawna mam dodatkową motywację do jej podejmowania. Dzięki mojej pracuni stałam się bowiem szczęśliwą posiadaczką karty MultiSport.

Odnoszę wrażenie, że chodzenie na siłownię stało się już swojego rodzaju standardem. Korzystając z dobrodziejstw karty, postanowiłam sama się tam wybrać i zobaczyć, co to jest ta siłownia. A jeśli ja poszłam na siłownię, to znaczy, że nie ma rzeczy niemożliwych na tym świecie. Mimo, że lubię (dostosowaną do moich możliwości) aktywność fizyczną, to amatorką sportu zdecydowanie nie jestem. Dość powiedzieć, że dzień, w którym po raz ostatni miałam zajęcia z wuefu, uważam za najpiękniejszy dzień mojego życia.

Mam nadzieję, że do użytego przeze mnie w tytule sformułowania „laska z siłki” podejdziecie z dystansem. Ewentualnie mogę być laską in spe. Przynajmniej jeśli wierzyć mojemu trenerowi, któremu zakomunikowałam, że chcę wyglądać jak Aniołek Victoria’s Secret i który – wbrew mojej intencji – wcale nie uznał tego za żart. Zawsze jest miło, gdy ktoś dostrzega w nas potencjał. Moje oczekiwania są jednak dużo bardziej realistyczne. Wystarczyłoby mi, gdybym na skutek ćwiczeń potrafiła zaakceptować myśl o kupieniu sobie kostiumu kąpielowego (którego obecnie nie posiadam).

Wspominałam już o moim trenerze? Bo tak, mam trenera personalnego. Jest to z pewnością największa ekstrawagancja mojego życia i czuję się jak Kardashianka. Początkowo chciałam jedynie, by ktoś pokazał mi, jak korzystać z siłowni, by nie zrobić sobie krzywdy i jak odróżnić bieżnię od orbitreka. Okazało się jednak, że trafiłam na fajnego człowieka z indywidualnym podejściem do osoby trenowanej. Czuję, że te ćwiczenia mają sens. Nie są łatwe, ale staram się maksymalnie do nich przykładać. Na efekty dla sylwetki będę jeszcze musiała poczekać, ale już teraz czuję znaczną poprawę jeśli chodzi o dokuczające mi bóle kręgosłupa.

Nie spodziewam się, by fitness kiedykolwiek stał się moim sposobem na życie. Postrzegam go raczej jako środek do celu, którym jest zdrowie, dobre samopoczucie i smukła sylwetka. Nie będę jedną z tych fitgirls, paradujących dumnie po siłowni w getrach i topach odsłaniających mięśnie brzucha. To było dla mnie od początku jasne. Mimo wszystko stresowałam się, że będę za bardzo od tych fitgirls odbiegać. Że będę jedną jedyną kluską pośród szczupłych sportsmenek, w dodatku pokracznie wyglądającą podczas ćwiczeń.

Ale wiecie, co? Nie można podchodzić do sprawy tak stereotypowo. Na siłownię chodzą najróżniejsi ludzie, we wszystkich rozmiarach i stadiach usportowienia. I nikt tam na nikogo nie patrzy. Każdy zajmuje się sobą. Włączając w to moich znajomych, których spotykam na siłowni. I na których wpadam zwykle w dokładnie w momencie, gdy nie chcę, by ktokolwiek mnie oglądał. Oczywiście siłownia nie jest taką milutką strefą komfortu jak moja kanapka, z której właśnie do was piszę. Ale, idąc tam, mam świadomość, że robię dla siebie coś dobrego i to pomaga mi znosić wszelkie upokorzenia. Trzymajcie więc za mnie kciuki!

2 thoughts on “Zostałam „laską z siłki”

  • Reply CeciliaLind 31 stycznia 2019 at 5:37 pm

    Haha, ja całkiem przypadkiem też zostałam. To znaczy nie przypadkiem wybrałam się do nowego miejsca w Swarzędzu, które organizuje m.in. zumbę, jogę i ćwiczenia na zdrowy kręgosłup, a przypadkiem zdarzyło się, że na miejscu jest również siłownia, a w ramach mojego próbnego miesięcznego karnetu mam dwa spotkania z trenerem. No cóż, zobaczymy, co mi z tego wyjdzie (jako że jestem na bakier zarówno z szeroko rozumianą aktywnością fizyczną, jak i samodyscypliną ;)). Z pierwszego spotkania jednak wróciłam niespotykanie jak na mnie naładowana pozytywną energią, więc może coś z tego będzie. Co do stroju kąpielowego, to wiem, że łatwo się mówi, ale myślę, że koniecznie powinnaś go kupić, niezależnie od ćwiczeń i ich efektów! Nie ma co ograniczać sobie wakacyjnych przyjemności tylko dlatego, że ktoś może na nas krzywo spojrzeć – w skrócie, ogólnie zawsze może, bo będziemy według niego za grube/za chude/za wysokie/za niskie/będziemy miały za mały biust/za duży biust/będziemy miały strój w złym kolorze/w zły wzór itp. itd. Myślę, że wartościowe osoby ze zdrowym podejściem do własnego ciała mają gdzieś, czy osoba na ręczniku obok ma kilka kilogramów mniej lub więcej, a całą resztą nie ma co się przejmować. Zawsze podoba mi się, kiedy za granicą spotykam nad basenem na przykład kobiety ze Skandynawii. Widać od razu, że nie ma u nich aż tak dużej presji posiadania idealnego ciała, mają gdzieś, czy ich nogi są idealnie ogolone, a brzuch nie zamienia się w harmonijkę fałdek, kiedy siadają, i to jest naprawdę fajne. Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby nie dbać o swój wygląd (a także zdrowie i dobre samopoczucie), ale myślę, że dużo fajniej jest to robić ze względu na siebie, nie na innych i dlatego, że można, a nie dlatego, że trzeba! Haha, przepraszam za ten przydługi wywód w komentarzu, ale ostatnio te tematy są mi bliskie ? Nie wiem, czy znasz konto @cialopozytyw na Instagramie, w każdym razie bardzo polecam (szczególnie instastories). Mi pomogło zdrowiej spojrzeć na te wszystkie “cielesne” dylematy. Dopuszczam możliwość, że zostałam przez nie w ogóle trochę zindoktrynowana, ale myślę, że to all for the best ? Życzę powodzenia i wytrwałości w “siłkowych” zmaganiach!!!

    • Reply Hrabina Weltmeister 1 lutego 2019 at 4:19 pm

      Ale fajnie! U mnie wrażenia z treningu pod okiem trenera były podobne! Całkiem inaczej się trenuje, kiedy ktoś nad tobą stoi i nie pozwala ci odpuścić. Chyba coś jest na rzeczy z tym wydzielaniem się endorfin podczas sportu.
      Dzięki za polecenie @cialopozytw, nie znałam wcześniej tego konta. Kwestia akceptacji swojego ciała to temat rzeka, ale mam wrażenie, że świadomość ludzi w tym zakresie rośnie. Owszem wciąż jesteśmy bombardowani zewsząd wizerunkami idealnych, niedoścignionych ciał, ale dzięki takim akcjom jak @cialopozytyw, przynajmniej przebija się głos, że to naturalne, że nasze ciało wygląda w pewnych okresach gorzej, że czasami coś się w nim popsuje, a zdjęcia z reklam są wytworem grafików komputerowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.