Świąteczny przepis na pieczenie pierników z przyjaciółmi

Przeżycie grudnia od kilku lat jest dla mnie sporym wyzwaniem. W pracy – kocioł, bo dopinane są ostatnie w tym roku transakcje. Stres towarzyszy mi w każdej sekundzie życia. Świadomość zbliżających się kolejnych urodzin tylko ten stres potęguje. Zwykle o tej porze roku moja kondycja psychiczna pikuje ostro w dół, chociaż staram się jak mogę, aby temu zapobiec. Aktywności okołoświąteczne pomagają mi utrzymać się na powierzchni. Wyjątkowo zadbałam o świąteczną dekorację mojego mieszkania. Korzystam też z każdej okazji, by spotkać się z rodziną i przyjaciółmi. I jakoś idzie! Jakoś…

Jedną z takich aktywności było wspólne pieczenie pierników i muffinek, które zorganizowała niezawodna Marta. W pieczenie zostali zaangażowani członkowie stowarzyszenia wspierającego integrację europejską, w którym działam. Na blogu była już o nim mowa nie jeden raz, na przykład przy okazji tegorocznego Weekendu Niepodległości. Moje stowarzyszenie jest najlepsze na świecie, bo skupia najfajniejszych ludzi. To moja subiektywna opinia, ale wiecie – mój blog, mogę sobie pisać, co chcę.

Praktyki w pieczeniu pierników nie miałam dotychczas żadnej. W moim domu nigdy nie było takiej tradycji. Kiedy wychowawczyni w podstawówce kazała przynieść dzieciom na wigilię klasową własnoręcznie wykonane pierniki, rodzice zabierali mnie do sklepu, gdzie prosiliśmy ekspedientkę o wybranie pierników najbardziej imitujących te domowej roboty. Ale jak to mówią: fake it till you make it. I w tym roku miałam upiec pierniki na serio.

Na wspólnym gotowaniu ze znajomymi byłam dotychczas tylko raz, na Erasmusie. Wtedy to zasłynęłam próbą umycia ziemniaka przed obraniem. Podobno robi się odwrotnie. Na całe szczęście towarzystwo było międzynarodowe, więc usiłowałam je przekonać, że w Polsce tradycyjnie to mężczyźni zajmują się kuchnią. Jeśli kiedyś spotkacie obcokrajowca, twierdzącego, że w Polsce króluje gender i równouprawnienie, to najprawdopodobniej brał udział we wspólnym gotowaniu ze mną.

Aby zgromadzić potrzebne składniki, Marta wykupiła prawdopodobnie połowę zaopatrzenia Biedronki. Rzecz jasna, nie zużyliśmy wszystkiego, więc Marcie zostaną spore zapasy na wypadek katastrofy klimatycznej. Podzieliliśmy się na grupy, ja trafiłam do zespołu przygotowującego pierniki. Jednocześnie starałam się zebrać dokładną fotodokumentację całego wydarzenia. Moje zdjęcia są dalekie od zdjęć z gotowania, jakie możecie znaleźć u Kasi Tusk lub na White Plate. Oddają jednak całą prawdę o naszym pieczeniu. W skrócie – tak to właśnie wyglądało.

Było fajnie. Bardzo fajnie. Jestem przekonana, że nasze działania dzielą się na rzeczy, które robimy, aby przeżyć i rzeczy, które robimy aby żyć. Pieczenie pierników należy do tej drugiej kategorii. Rzeczy zupełnie niepotrzebnych i bezcelowych, dla których jednak warto wykonać ogromny wysiłek wyjścia spod kocyka. Ostatecznie to właśnie takie rzeczy nadają życiu sens.

Rambo – pies na pierniki

Dekoracja piernika by Sandra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.