Sławutówko, Krokowa, Kłanino – tropem „Kamerdynera”

Historia powinna być nauką o poszukiwaniu prawdy w minionych wydarzeniach. Do tego jest jednak potrzebny obiektywizm, którego warunkiem jest neutralność i brak zaangażowania emocjonalnego. Jeśli chodzi o historię relacji polsko-niemieckich o taki brak zaangażowania emocjonalnego nadal jest trudno – nawet u badaczy, a co dopiero u osób, które znają ją tylko w dość ogólnym zarysie. Nie należy się temu zresztą dziwić, skoro od najmłodszych lat tresuje się nas w uwielbieniu martyrologii narodu polskiego. Minęło już 100 lat od pierwszej i 80 lat od drugiej wojny światowej, a nam wciąż nie udaje się przełamać utartego schematu myślowego, zgodnie z którym podział na Polaków i Niemców, na swoich i wrogów, zawsze był jasno określony, a Polacy i Niemcy zawsze stali po przeciwnych stronach barykady. A może nawet ten schemat wraz z upływem czasu coraz bardziej się umacnia? Tymczasem historia wcale nie jest tak czarno-biała. I chociaż były w niej jednostki, grupy, ideologie i wydarzenia, które należy jednoznacznie zidentyfikować jako zło w czystej formie, to są też takie, które wymykają się tak jednoznacznej klasyfikacji. Zresztą, historia jest dzięki temu znacznie ciekawsza.

Piwonie

Odkąd literatura i sztuka przestała pełnić rolę służebną wobec celów narodowo-wyzwoleńczych, jak to było za Sienkiewicza, pojawiają się w niej teksty kultury, które ukazują skomplikowany charakter naszej historii. Jednym z głośniejszych przykładów takich dzieł z ostatnich lat jest film Kamerdyner w reżyserii Filipa Bajona. Jest to epicka opowieść o Kaszubach – ludziach i krainie – w przeważającej mierze inspirowana prawdziwymi postaciami i wydarzeniami. Kamerdyner stał się dla mnie szczególnie interesujący, gdy podczas mojej ostatniej podróży na Pomorze odwiedziłam większość miejsc związanych z wątkami przedstawionymi w filmie. Ponieważ te historie są niesamowicie ciekawe same w sobie, z pewnością zainteresują również tych, którzy nie widzieli Kamerdynera. Ostrzegam jednak, że aby dokładnie wyjaśnić, jak fabuła filmu jest zakotwiczona w rzeczywistości, w dalszej części tekstu musiałam zawrzeć spoilery.

W bardzo dużym skrócie: akcja filmu rozpoczyna się w 1900 roku, gdy pruska hrabina przyjmuje pod swój dach osierocone niemowlę, które najprawdopodobniej jest nieślubnym dzieckiem jej męża. Chłopiec wychowuje się razem z dziećmi arystokratów, doświadcza jednak wielu upokorzeń ze strony hrabiego i jego syna. Cieplejsze relacje łączą go z hrabiną, którą darzy synowską miłością i z przybraną siostrą, którą darzy miłością bynajmniej nie braterską. Największe wsparcie nasz bohater otrzymuje ze strony swojego ojca chrzestnego, rodowitego Kaszuba, lidera lokalnej społeczności. Fabuła obejmuje 45 lat, do czasu wkroczenia wojsk radzieckich na Pomorze, a losy bohaterów przeplatają się z epokowymi wydarzeniami, które nieodwracalnie zmieniają porządek świata.

Po obejrzeniu Kamerdynera mam poczucie pewnego niedosytu. Nie będę się tutaj jednak zajmować recenzowaniem poszczególnych aspektów filmu. Skupię się na warstwie historycznej, a do niej nie można mieć żadnych zarzutów. Twórcy Kamerdynera odrobili lekcję historii na piątkę z plusem, co jest jednym z głównych atutów tego obrazu.

Kłanino i rodzina von Grass

W doniesieniach prasowych, które pojawiły się w związku z premierą filmu w 2018 roku, przewija się informacja, że pierwowzorem arystokratycznej rodziny von Krauss, wokół której skupia się fabuła filmu, jest rodzina von Grass, zamieszkująca pałac w Kłaninie – kaszubskiej wiosce, będącej miejscem akcji Kamerdynera. Wiele wątków zaczerpnięto bowiem ze wspomnień, spisanych przez Gerharda Behrenda von Grassa, ostatniego rezydenta pałacu w Kłaninie przed końcem drugiej wojny światowej. Co ciekawe, Gerhard Behrend von Grass, podobnie jak główny bohater Kamerdynera, był przybranym dzieckiem. Na wychowanie wziął go jego wuj, Leopold – człowiek niezwykle przedsiębiorczy i postępowy – wraz z żoną, Anną. Tu jednak podobieństwa z filmem się kończą, bo Anna i Leopold, w przeciwieństwie do von Kraussów, nie mieli własnych dzieci. Osobiste związki z Kłaninem ma też jeden ze scenarzystów filmu, Mirosław Piepka, który spędził dzieciństwo w okolicy. Niektóre z historii, które znalazły się w filmie, Piepka zasłyszał bezpośrednio od swojego ojca i dziadka, gdyż obaj pracowali dla Grassów.

Sam pałac w Kłaninie jest dość niepozorny i łatwo go przeoczyć. Swój ostateczny kształt uzyskał w XIX wieku. Otacza go park i zabudowania folwarczne. Całość oparła się zniszczeniom wojennym i przetrwała do naszych czasów w świetnym stanie. Można powiedzieć, że pałac w Kłaninie jest pod tym względem prawdziwym ewenementem na Pomorzu. Za skromną fasadą pałacu kryje się kolejny unikat – kompletne wyposażenie historycznej sieni gdańskiej, reprezentacyjnego pomieszczenia w domach bogatych gdańszczan z XVII i XVIII wieku, obejmujące m.in. klatkę schodową i meble, w tym oryginalne szafy gdańskie. Do dziś zachowały się tylko pojedyncze egzemplarze sieni gdańskich, gdyż absolutna większość spłonęła w bombardowaniach Gdańska podczas drugiej wojny światowej. Pałac, w którym obecnie mieści się hotel i SPA, został odrestaurowany z zaskakującą pieczołowitością. Udało się zgromadzić zabytkowe meble, a nawet oryginalne, holenderskie kafle z Delft, by nadać pałacowym wnętrzom wygląd najbardziej zbliżony do pierwotnego. Od razu widać, że to nie biznes, a dbałość o zachowanie historycznego dziedzictwa stoi tu na pierwszym miejscu. Zresztą jest to świetny przykład na to, że te dwie rzeczy wcale nie muszą się wykluczać.

Niestety, pałacu w Kłaninie nie zobaczymy w Kamerdynerze, gdyż twórcy filmu zdecydowali się umieścić główny plan zdjęciowy… na Warmii i Mazurach.

Pałac Kłanino
Pałac w Kłaninie – niepozorny, a jest to jeden z ciekawszych tego typu obiektów na Pomorzu.
Pałac Kłanino
Zabytkowe wyposażenie sieni gdańskiej – jednej z nielicznych, które przetrwały wojenną pożogę.
Pałac Kłanino
Zamieszkująca pałac w Kłaninie rodzina von Grass to krewni niemieckiego pisarza noblisty, Güntera Grassa.
Sławutówko i rodzina von Below

Kolejnym rodem, którego losy zostały wplecione w fabułę Kamerdynera jest rodzina von Below. Belowowie już raz pojawili się na blogu przy okazji wpisu o Rzucewie, które było ich letnią rezydencją. Na zimę przenosili się natomiast do ogrzewanego pałacu w pobliskim Sławutówku. Rodzina von Below należała do najważniejszych i najbardziej poważanych rodów arystokratycznych na Pomorzu. Dziś powiedzielibyśmy też, że była jednym z głównych pracodawców w regionie. Ostatni właściciele Sławutówka przed końcem drugiej wojny światowej – hrabia Gustaw i hrabina Henrietta von Below – cieszyli się powszechnym szacunkiem wśród miejscowej ludności. Gustaw był cenionym dyplomatą, a Henrietta z powodzeniem zarządzała rozległym majątkiem ziemskim. Z rodzinnych wspomnień dowiadujemy się, że byli oni zgodnym i kochającym się małżeństwem.

Gustaw von Below był podobno „chodzącym dobrem”, więc nie sposób doszukiwać się zbieżności pomiędzy nim a hrabią Hermannem von Krauss z Kamerdynera, którego uznać należy raczej za filmowego antagonistę (choć nie jest to postać tak do końca jednoznaczna). Z kolei filmowa Gerda von Krauss jest już wyraźnie wzorowana na hrabinie Henrietcie, przede wszystkim jeśli chodzi o tragiczny koniec jej historii. Gustaw von Below zmarł w 1940 roku na atak astmy i zgodnie ze swoją wolą został pochowany w Sławutówku. W obliczu klęski III Rzeszy w 1945 roku i wkroczenia do Polski wojsk radzieckich, najbliższa rodzina Belowów ewakuowała się do Niemiec. Będąca już w podeszłym wieku Henrietta zdecydowała się zostać w Sławutówku, podobnie jak jej filmowa odpowiedniczka, Gerda von Krauss. Słynna scena z Kamerdynera, w której rosyjscy żołnierze strzelają pod nogi starszej hrabinie, by zmusić ją do tańca, wydarzyła się naprawdę. Jedna z kul trafiła Henriettę, jednak Rosjanie nikomu nie pozwolili jej pomóc. Ranna hrabina konała przez tydzień w pałacowym ogrodzie. Wreszcie ktoś wykradł jej ciało i pochował u boku męża.

Znajdujący się obecnie w rękach prywatnych pałac w Sławutówku przetrwał do naszych czasów w dobrej kondycji. Jednak jego otoczenie w niczym nie przypomina tego z epoki Gustawa i Henrietty. W bezpośrednim sąsiedztwie pałacu powstał park rozrywki, w którym zgromadzono m.in. atrapy dinozaurów, sfinksa, piramidy i… Stonehenge. Na przypałacowym stawie zamontowano instalację do wakeboardingu. Zupełnie jakby historia rodziny von Below i dziedzictwo przedwojennej Polski nie były wystarczające, by przyciągnąć turystów. Sam pałac natomiast był zamknięty na cztery spusty i sprawiał wrażenie wymarłego.

Pałac Below Sławutówko
Pałac Below Sławutówko
Pałac Below Sławutówko
Pałac Below w Sławutówku
Krokowa i rodzina von Krockow

Belowowie pozostawali w bliskich relacjach z innym znamienity rodem Pomorza – rodziną von Krockow. Historia Krockowów na tych ziemiach sięga XIII wieku. Przez 700 lat dobra ziemskie, których centrum stanowił pamiętający czasy średniowiecza zamek we wsi Krokowa, znajdowały się w posiadaniu jednej i tej samej rodziny. Kres temu wielowiekowemu władaniu przyniosła dopiero druga wojna światowa. Z kontekstu, w jakim pada w Kamerdynerze zarówno nazwisko von Below, jak i von Krockow wynika, że były to rody, z którymi należało się liczyć.

Hrabia Döring von Krockow był żonaty z jedną z córek Gustawa i Henrietty von Below, Heddą. Małżeństwo doczekało się pięciorga dzieci: Reinholda, Heinricha, Albrechta, Cecilii i Ulricha, z których wojnę przeżyło tylko dwoje. Najstarszy syn i dziedzic Krokowej, Reinhold, brał udział w kampanii wrześniowej jako oficer Wojska Polskiego. Natomiast drugi z kolei, Heinrich, który po studiach w Heidelbergu został w Niemczech, służył w Wehrmachcie. I tak, dwaj rodzeni bracia walczyli przeciwko sobie w dwóch wrogich armiach. Co ciekawe, taka sytuacja już raz podobno miała miejsce w dziejach rodziny von Krockow, kiedy to jeden z braci walczył po stronie polsko-litewskiej, a drugi po stronie Zakonu Krzyżackiego w bitwie pod Grunwaldem. Reinhold potem zmienił barwy i wstąpił do SS, a następnie walczył na froncie wschodnim i tam poległ. Ze wspomnień jego brata, Albrechta, dowiadujemy się, że do walki na froncie zgłosił się dobrowolnie w zamian za swojego kaszubskiego zarządcę, ojca pięciorga dzieci. Jednakże, po lekturze tych wspomnień wydaje się, że historia Reinholda ma pewne nie do końca wyjaśnione drugie dno.

Krótko po Reinholdzie, podczas ofensywy w krajach bałtyckich, zginął Heinrich. Jego ciało, jako jedynego z braci, udało się sprowadzić do Krokowej i tam pochować. Najmłodszy syn Krockowów, Ulrich, poległ pod Monte Casino. Mobilizacji uniknął jedynie Albrecht, jednak pogłoska, że w tym celu uciął sobie duży palec u nogi, zdaje się być tylko legendą. Albrecht był w czasie wojny zarządcą dóbr swoich dziadków, Gustawa i Henrietty von Below. Z uwagi na tę funkcję nie został powołany do wojska. Tuż przed końcem drugiej wojny światowej, wraz z ciężarną żoną, uciekł do Niemiec. Wojnę przeżyła także Cecilia, hrabia Döring i hrabina Hedda, a także żona Reinholda i ich dzieci. Wszyscy oni musieli opuścić siedzibę przodków w Krokowej, ale nie wszyscy bezpowrotnie.

Graf Albrecht von Krockow żywo interesował się dalszym losem Krokowej i niszczejącego zamku, jednak dopiero po upadku komunizmu podjęcie konkretnych działań stało się możliwe. W 1990 roku utworzono fundację „Europejskie Spotkania” Kaszubskie Centrum Kultury Krokowa, której Albrecht był współzałożycielem. Głównym celem fundacji, oprócz wspierania polsko-niemieckiego dialogu, było uratowanie zamku w Krokowej przed ruiną. I to się udało! Dziś mieści się w nim hotel, restauracja, a także muzeum, poświęcone historii rodu von Krockow. Sam Albrecht miał dożywotnie prawo zamieszkiwania w niewielkim apartamencie w zamku i wielokrotnie bywał w Krokowej. Nazywano go tu „Dziadkiem”. Otrzymał również honorowe obywatelstwo Krokowej i swoją działalnością zasłużył na miano jednej z głównych postaci polsko-niemieckiego pojednania. Odszedł w 2007 roku. W 1998 roku ukazał się wywiad-rzeka z Grafem, w którym wspomina on m.in. swoją młodość w Krokowej i czas wojny.

Wydaje się, że losy Krockowów nie mają bezpośredniego przełożenia na wątki ukazane w Kamerdynerze, choć bez wątpienia były twórcom filmu znane (wprost potwierdza to sam Bajon). Być może pewne motywy historii braci von Krockow znalazły odzwierciedlenie w postaci Kurta von Kraussa, przybranego brata głównego bohatera, który uległ ideologii Hitlera. Kurt nie zginął jednak na froncie – jako członek Sturmabteilung został zabity podczas nocy długich noży.

Zamek rodziny von Krockow, Krokowa
Historia zamku w Krokowej sięga średniowiecza. Przez siedem wieków znajdował się w posiadaniu tej samej rodziny.
Zamek rodziny von Krockow, Krokowa
W Krokowej kręcono „Wiatr od morza”, przedwojenny polski film na podstawie książki Stefana Żeromskiego. Był to ostatni polski film niemy.
Zamek rodziny von Krockow, Krokowa
Za osiemnastowieczną przebudowę zamku i aranżację zamkowego ogrodu odpowiada hrabina Luiza von Krockow.
Zamek rodziny von Krockow, Krokowa
Syn Luizy, Albert, zwany „szalonym grafem”, kazał się pochować na pobliskim wzgórzu razem ze swoim koniem i psami. Legenda głosi, że przy burzliwej pogodzie szalony graf pędzi galopem po okolicy nawet po śmierci…
A to amatorka takich właśnie gotyckich opowieści ;)
Zamek rodziny von Krockow, Krokowa
Być może hrabina Luiza nosiła podobne suknie. I być może romansowała z niemieckim filozofem, Johannem Gotliebem Fichte, który przebywał w Krokowej jako nauczyciel jej dzieci.
Zamek rodziny von Krockow, Krokowa
Niekiedy łatwo ulec wrażeniu, że czas w Krokowej się zatrzymał.
Kaszubi i Antoni Abraham

Oprócz rodziny von Krauss, Kamerdyner ma jeszcze jednego głównego bohatera, tym razem zbiorowego: Kaszubów. Film jest w istocie hołdem złożonym Kaszubom, jako że dotychczas nie mieli oni należnego im miejsca w polskiej kinematografii. Filip Bajon spędził ponad rok w jednej z kaszubskich wiosek, by poznać samych Kaszubów, a także zaznajomić się z ich tradycjami i kulturą, a następnie przenieść je na ekran. Czołowym przedstawicielem Kaszubów w Kamerdynerze stał się Bazyli Miotke, ojciec chrzestny głównego bohatera, fenomenalnie zagrany przez Janusza Gajosa. Gajos uparł się, by w filmie mówić po kaszubsku, więc wszyscy aktorzy grający Kaszubów musieli wygłaszać swoje kwestie właśnie w tym języku, ale efekt jest świetny!

Pierwowzorem Bazylego Miotke jest postać Antoniego Abrahama, kaszubskiego działacza na rzecz polskości Pomorza, nazywanego „królem Kaszubów”. Abraham stał się zagorzałym przeciwnikiem Prus po tym, jak znajomy Niemiec doprowadził go do ruiny finansowej. Podobnie do Miotkego w Kamerdynerze, Abraham kolportował polską prasę i organizował wiece ludowe, najczęściej przed kościołem po mszy, za co spotykały go liczne szykany ze strony pruskich władz. Podczas pierwszej wojny światowej walczył na froncie we Francji. Po jej zakończeniu, udał się na konferencję pokojową w Wersalu (legenda głosi, że szedł do Paryża pieszo), by tam lobbować za przyłączeniem Pomorza do Polski; spotkał się m.in. z brytyjskim premierem, Lloydem Georgem. W ostatnich latach życia zaangażował się w budowę portu w Gdyni. Zmarł w 1923 roku i jest pochowany na cmentarzu oksywskim. 

Wiele wydarzeń z życia Antoniego Abrahama ma swoje analogie w postaci Bazylego Miotke. Losy Miotkego sięgają jednak dalej, do początku drugiej wojny światowej. Bajon uczynił z niego jedną z ofiar mordu w Piaśnicy – serii masowych egzekucji, dokonanych przez funkcjonariuszy SS oraz członków paramilitarnej organizacji hitlerowskiej Selbstschutz od 1939 do 1940 roku. W lasach piaśnickich zabijano m.in. Kaszubów, przedstawicieli polskiej inteligencji, a także niepełnosprawnych Niemców. Zdarzało się, że wyroki wykonywali sąsiedzi mordowanych.

Czepce kaszubskie
Tradycyjne kaszubskie czepce
Jezioro Żarnowieckie
Niedaleko Krokowej rozciąga się Jezioro Żarnowieckie.
Tablica graniczna 1920-1936
Tablica nad rzeką Piaśnicą, upamiętniająca dawny przebieg polsko-niemieckiej granicy
Zbyt niemieccy dla Polaków, zbyt polscy dla Niemców

Zarówno Kaszubi, jak i pruscy właściciele ziemscy – junkrzy byli poniekąd ofiarami ciągłych zmian politycznych na swoich terenach. Należące przed pierwszą wojną światową do Prus, na mocy traktatu wersalskiego przypadły Polsce, by po dwudziestu latach dostać się pod okupację hitlerowską. Mimo że sami nie zmieniali miejsca zamieszkania, wciąż musieli dostosowywać się do nowych warunków i nowego prawa. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, przyjęli polskie obywatelstwo, co jednak nie uchroniło ich przed skutkami reformy gruntowej, która polegała w istocie na konfiskacie ziemi. Junkrom młode państwo polskie wypłacało „odszkodowania” w obligacjach, które nie miały żadnej faktycznej wartości. Jak czytamy we wspomnieniach Albrechta von Krockow, reformy te dotknięty także i jego rodzinę. Najlepszą sceną w Kamerdynerze jest ta, gdy stojący pośrodku porośniętego zbożem pola Bazyli Miotke wyjaśnia polskiemu urzędnikowi, że prawo własności ma priorytet wobec interesów państwowych. W przypadku rodziny von Krockow, ta własność sięgała przecież 700 lat wstecz. Nie można więc mówić w takiej sytuacji o tym, że Polska odebrała ziemie, zabrane jej przez Niemców.

Zresztą, wyobrażenia, jakoby pruscy arystokraci wiedli luksusowe życie utracjuszy, są mocno przesadzone. Choć w wielkiej skali, junkrzy byli w istocie rolnikami i ich dobrobyt w przeważającej mierze zależał od zbiorów. Jak opowiadał Albrecht von Krockow, w „chudszych” latach nawet hrabiowskie dzieci żywiły się głównie chlebem maczanym w syropie z buraków, a kawa i cukier były podawane tylko od święta. Bracia von Krockow mogli wyjechać na studia do Niemiec tylko na trzy semestry, gdyż na więcej po prostu nie starczyło pieniędzy. Scena w Kamerdynerze, w której rodzina von Krauss je na obiad nadgniłe ziemniaki ma więc pokrycie w rzeczywistości (akurat ten motyw pochodzi z pamiętników Otto von Bismarcka!).

Zarówno Kaszubi, jak i junkrzy byli też szykanowani przez hitlerowskiego okupanta. Na Volksliście i jedni i drudzy dostali kategorię trzecią: spolonizowanych autochtonów i Polaków niemieckiego pochodzenia. Spotykali się przez to z licznymi utrudnieniami, również w prowadzeniu działalności gospodarczej i rolniczej. Jak twierdzi Albrecht von Krockow, to właśnie te ciągle utrudnienia skłoniły jego brata, Reinholda, do przywdziania czarnego munduru SS. Próbował przez to jawnie zadeklarować swoją proniemieckość, zwłaszcza że wcześniej służył w Wojsku Polskim.

Pewnie znajdą się tacy, którzy będą mieli pretensje do Krockowów, że nie opowiedzieli się jawnie po stronie polskiej, przeciwko Hitlerowi. Wydaje się, że – przynajmniej w większości – nie byli oni zwolennikami żadnej ideologii. Chcieli jedynie, by zostawiono ich w spokoju i pozwolono im żyć i pracować na własnym majątku. Nie popierali Hitlera, ale też nie angażowali się w jawne jego zwalczanie. Przywdziewali takie czy inne barwy, kiedy wymagała tego sytuacja, nie z przekonania. Taką też postawę prezentuje w Kamerdynerze hrabia von Krauss. W ostateczności potrafili też jednak zaryzykować, by pomóc Polakom. Graf Albrecht von Krockow wyciągnął z niemieckiego aresztu dwoje swoich pracowników, co prawdopodobnie ocaliło ich przed śmiercią w piaśnickich lasach. Być może rzeczywiste motywy postępowania Krockowów pozostają ukryte dla przeciętnego obserwatora. Szczególnie trudną do rozszyfrowania postacią jest Reinhold – najpierw oficer wojska polskiego, potem esesman i oficer Wehrmachtu, poszedł na front, by ratować swojego zarządcę, zostawiając własną rodzinę, w tym ciężarną żonę. Nikt z nas nie wie, jak zachowałby się w tak trudnych warunkach wojny, ale zakładam, że większość skupiłaby się po prostu na przetrwaniu. Nie jest więc naszą rolą oceniać rodziny von Krockow, tym bardziej że wojna kosztowała przecież życie ich najbliższych.

Kaszubi i junkrzy – dla Polaków nie byli wystarczająco polscy, a dla Niemców wystarczająco niemieccy. Może oni sami nie potrafiliby określić się jednoznacznie jako Polak albo Niemiec. Może koncepcja narodowości w ogóle jest sztuczna i tworzona na siłę. A przy tym szkodliwa, bo zawsze w jakimś stopniu wynika z niej podział na swoich i wrogów. Może powinniśmy pozwolić ludziom po prostu być, bez wymuszania na nich, by definiowali się w taki czy inny sposób, chyba że sami tego chcą. Byłabym jednak naiwna licząc, że kiedyś będzie to możliwe. Skoro nawet w publicznych mediach usiłuje się zdyskredytować osoby z Pomorza, emitując fragmenty ich wypowiedzi po niemiecku, a więc zrobić z nich Niemca-wroga, to znaczy, że historia niczego nas nie nauczyła i nie nauczy, bo nawet nie próbujemy jej zrozumieć.

Chata rybacka Dębki
Tradycyjna rybacka chata w Dębkach
Las na wydmach, Dębki w pobliżu ujścia Piaśnicy
Rzeka Piaśnica
Rekonstrukcja dawnego słupka granicznego w Dębkach

Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chcesz być na bieżąco z publikacjami na blogu, zachęcam Cię do polubienia mojej strony na Facebooku.

Pozostałe wpisy z Pomorza znajdziesz tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.