Portugalia 2010 – samolot, ocean i odkrywcy

Jak już wiecie, niedawno dokonałam zresetowania mojego Instagrama. Dało mi to impuls do sięgnięcia do moich dawnych podróży. Portugalia to mój pierwszy wyjazd, z którego posiadam pełną dokumentację fotograficzną w zapisie cyfrowym. Było to już niemal dziewięć lat temu.

To były typowe „wczasy z biurem podróży”. Miałam już spore doświadczenie w takich wyjazdach. Nowością był dla mnie natomiast środek transportu. Wtedy to pierwszy raz w życiu leciałam samolotem. Odpowiedź na pytanie, czy od tamtego czasu mój lęk przed lataniem trochę osłabł, brzmi: nie. Jeśli chcecie wiedzieć, co mniej więcej przeżywam za każdym razem, gdy przychodzi mi lecieć statkiem powietrznym, zerknijcie na wpis z lotu do Aten (część 1 i część 2).

Mieszkałam w miejscowości Lagos na wybrzeżu Algarve. Hotel był wciśnięty między inne zabudowania i nie sprawiał wrażenia ogromnej, betonowej, turystycznej parceli. Do plaży dowoził nas busik, ale ja bardziej ceniłam sobie możliwość mieszkania w autentycznym mieście, a nie stworzonej sztucznie na potrzeby turystów hotelowej wiosce. Te preferencje zostały ze mną do dziś.

Portugalia kojarzy mi się z obietnicą przygody. Wszystko w tym kraju zdaje się inspirować do wyruszenia w nieznane. To właśnie z Portugalii startowały najważniejsze ekspedycje podróżnicze epoki wielkich odkryć geograficznych. Ich patronem był portugalski książę, Henryk Żeglarz. Jego postać wieńczy liczne pomniki, w tym ten najbardziej ikoniczny – Pomnik Odkrywców nad brzegiem Tagu w Lizbonie.

Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, tempo wycieczki fakultatywnej do Lizbony nie pozwoliło mi dostatecznie nacieszyć się tym miastem. Pozwoliło mi natomiast zaliczyć jego najważniejsze atrakcje, ze zjedzeniem równie słynnych, co przepysznych Pasteis de Belem włącznie.

Moja ówczesna (i trwająca w gruncie rzeczy nadal) fascynacja piractwem znalazła ujście podczas rejsu łódeczkami pomiędzy wymyślnymi formacjami skalnymi wybrzeża Algarve. Wyrzeźbione przez wodę przybrzeżne jaskinie mogłyby z powodzeniem stanowić miejsce zatopienia pirackiego skarbu albo kryjówkę łodzi przemytników.

W pamięci najtrwalej zapisała mi się wycieczka na Przylądek Św. Wincenta – południowo-zachodni kraniec Portugalii. Na klifach, wznoszących się nad oceanem, postawiono imponującą latarnię morską. Niewiele emocji może się równać z tym poczuciem wolności, kiedy stoisz na końcu Europy, przed sobą masz bezkres oceanu, a szalony wiatr prawie unosi cię w powietrze.

Zdjęcia pochodzą z mojego Instagrama. Obserwuj mnie: hrabinaweltmeister.pl

2 thoughts on “Portugalia 2010 – samolot, ocean i odkrywcy

  • Reply Katarzyna Suwalska 10 stycznia 2019 at 1:59 pm

    Czasami dobrze jest odświeżyć sobie pamięć i docenić to, w jakich miejscach się było. Gdybym ja odpaliła płyty CD ze zdjęciami, przepadłabym w morzu wspomnień :)

    • Reply Hrabina Weltmeister 10 stycznia 2019 at 2:56 pm

      Masz rację! Po to przecież robimy zdjęcia – by wracać do dawnych wspomnień!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.