Porto Maurizio – za drzwiami włoskich domów

Przez pobyt w Porto Maurizio o mało co nie wkroczyłam na drogę przestępstwa. Moim marzeniem i ambicją było bowiem włamać się do jednego z włoskich domów. Raz nawet byłam już na klatce schodowej, ale wystraszył mnie odgłos przekręcanego w zamku klucza, więc moje „pójście na włam” ostatecznie się nie powiodło. Za każdym razem, kiedy odwiedzam to miasto, zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że ludzie wciąż mieszkają w tych domach. Starych, odrapanych, dumnych, pięknych, niezmienionych od setek lat. Trzymających się chyba tylko dzięki siłom czarnej magii. A jednak mieszkają tam, a ja bardzo chcę wiedzieć: jak? Dlatego, ilekroć przechodzę obok drzwi włoskich domów, z trudem opieram się pokusie, by nacisnąć klamkę. Fascynują mnie i przyciągają. Niczym bohaterkę filmu science fiction, zmierzającą jak zahipnotyzowana w stronę tunelu czasoprzestrzennego. W Porto Maurizio nietrudno uwierzyć, że drzwi rzeczywiście takim tunelem są, a nawet, że nieopatrznie się go przekroczyło.

Pochwała starości

Domy w Porto Maurizio są żywą pochwałą akceptacji upływu czasu. Wszystkie etapy ich osobistej historii widoczne są jak na dłoni: kolejne dobudówki, zamurowane wejścia, jedna warstwa tynku wyzierająca spod kolejnej, a wszystkie niedbale położone i skruszone przez czas. Nigdzie indziej odrapany tynk nie wygląda tak dobrze jak właśnie we Włoszech. Co więcej, to właśnie świeżo wyremontowane czy też nowe budynki wyglądałyby pomiędzy tymi starymi murami zupełnie nie na miejscu, nienaturalnie.

Pałace Porto Maurizo

W Porto Maurizio co krok natykamy się na kolejne palazzo, choć bardzo łatwo je przegapić. Nie są one bowiem wolnostojącymi, otoczonymi przez parki budowlami, jakie znamy z naszej części Europy. Są wciśnięte w tkankę zabudowań miejskich i nietrudo pomylić je ze zwykłą kamienicą. Obecnie zresztą pełnią właśnie takie funkcje. Budynki, należące niegdyś do jednej arystokratycznej lub kupieckiej rodziny, zostały podzielone na osobne mieszkania i są zamieszkiwane przez „zwyczajnych” współczesnych Włochów. I tylko herb nad drzwiami zdradza ich dawne przeznaczenie.

Carrugio

W historycznej części Porto Maurizio każda wolna przestrzeń została zabudowana. Wykorzystano nawet przestrzeń nad uliczkami – tak powstały typowe dla Ligurii arkadowe zaułki, tzw. carrugia. Carrugia są niesamowite. Niektóre są tak wąskie, że można przywitać się z sąsiadem z naprzeciwka, podając mu rękę z okna do okna. Nie przecisną się tamtędy żadne oznaki współczesności. Carrugia to osobne światy, w których czas się zatrzymał.

Roślinność

Ze względu na gęstą zabudowę, większość mieszkańców najstarszego obszaru Porto Maurizio nie posiada własnych ogrodów. Rekompensują to sobie roślinami doniczkowymi, ustawianymi na ogół w pobliżu drzwi wejściowych. Rośliny są pięknie utrzymane i mam wrażenie, że to nie tylko zasługa klimatu, ale starań i troskliwości ich właścicieli. Buzująca zieleń jest pięknym dodatkiem do starych murów.

Zagadka zielonych okiennic

Kolorami, obowiązującymi na fasadach domów Porto Maurizio, są zgaszone odcienie żółtego, pomarańczowego lub różowego. Charakterystycznym elementem włoskiego budownictwa są też okiennice. Zazwyczaj są zamknięte lub tylko lekko uchylone, skutecznie uniemożliwiając mi „zapuszczenie żurawia” do wnętrza. Jak szybko można zauważyć, prawie wszystkie są ciemnozielone. Dlaczego właśnie ten kolor dominuje? Przeprowadziłam mały research, by rozwiązać tą zagadkę. Okazuje się, że barwnikiem, który nadawał farbie ciemnozielony kolor był arszenik. Dawniej istniało bowiem przekonanie, że malowanie drzwi i okien farbą z dodatkiem arszeniku odstrasza insekty i powstrzymuje je przed dostaniem się do wnętrza domu.

Jak sami widzicie, tytuł tego wpisu jest trochę mylący. W przeciwieństwie do zagadki zielonych okiennic, to, co znajduje się za nimi, wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą. Tajemnicą, którą waham się odkryć w obawie przed rozczarowaniem, że wnętrza włoskich domów wyglądają w gruncie rzeczy zupełnie normalnie. Że nie zobaczę w nich damy przy kołowrotku albo alchemika, pochylonego nad księgą z magicznymi formułami. Podejrzewam jednak, że mimo wszystko różnią się od wnętrz polskich domów. Są skromniejsze, co wcale nie jest ich wadą. Naszła mnie taka refleksja, że – jako Polacy – trochę zagalopowaliśmy się we wnętrzarskim konsumpcjonizmie. Kupujemy najnowocześniejsze sprzęty, gdy stare wciąż działają. Kwestię zaproszenia gości uzależniamy od pomalowania ścian na modny aktualnie kolor. Preferujemy nową deweloperkę na obrzeżach miast zamiast starych mieszkań w jego centrum. Ani to ekologiczne, ani szczególnie rozsądne. Życzę nam, abyśmy byli pod tym względem bardziej podobni do Włochów, którym odpowiedź na pytanie „mieć czy być?” najwyraźniej nie sprawia problemu.

Pozostałe wpisy z Porto Maurizio możecie przeczytać tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.