• Gdy zabłyśnie pierwsza gwiazdka

    Przygotowując dzisiejszy tekst, wróciłam do zeszłorocznego „Wpisu pod choinkę”. Pierwszy akapit mogłabym przepisać jeden do jednego, bo w ogóle nie stracił na aktualności. Święta nadal fundują mi emocjonalny roller coaster, ale taka jest przecież ich natura. Boże Narodzenie jest jak kultowe świąteczne filmy: jest w nich miłość i radość, ale i tęsknota i smutek. W tym wyjątkowym czasie wszystko odczuwamy bardziej. Również te emocje, z którymi nie czujemy się dobrze, ale które też są potrzebne, bo decydują o naszym człowieczeństwie. W Święta Bożego Narodzenia czyha na nas szczególnie dużo wyzwalaczy wyrzutów sumienia. Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich lat jest o nie jeszcze łatwiej, bo świat wymaga od nas coraz więcej odpowiedzialności i coraz bardziej wyśrubowanych postaw moralnych. Tym oczekiwaniom nie zawsze jesteśmy w stanie sprostać, a inni ludzie bardzo chętnie nas z tego rozliczą. Przychodzi mi do głowy pewna para, na którą wylała się ostatnio fala hejtu, bo opowiedziała w jednym z magazynów o swoim wcale nie skromnym i wcale nie wege menu na Wigilię ;) Z drugiej strony, trudno zachować dobre samopoczucie w obliczu tego, co dzieje się na świecie. Bo czy możemy cieszyć się z czasu z naszymi bliskimi, gdy tylu ludzi straciło swoich? Czy możemy zachwycać się pierwszymi od lat białymi Świętami, gdy ludzie umierają z zimna w lesie na granicy? Czy możemy obdarowywać się prezentami, gdy każdy kupiony przedmiot to obciążenie dla środowiska?

    Read More
  • Marinière – historia w paski

    Czy istnieje bardziej francuski strój niż koszulka w marynarskie paski? Ten, wydawałoby się, niepozorny skrawek materiału reprezentuje słynne, narodowe wartości Francuzów: wolność, równość i braterstwo. Wolność – bo to między innymi za jej sprawą kobiety wywalczyły sobie dostęp do ubrań pierwotnie dedykowanych mężczyznom i przekonały się, że mogą wyglądać stylowo bez konieczności wbijania się w gorset. Równość – bo jest noszona przez wszystkich, bez względu na płeć i wiek i każdy może sobie na nią pozwolić, niezależnie od zasobności portfela. Braterstwo – bo stała się elementem tożsamości narodowej, ubierają ją francuscy politycy, artyści i „zwykli” obywatele, zawsze wtedy, gdy chcą podkreślić dumę z bycia Francuzami. To także najbardziej stereotypowy francuski strój. Jeśli ktoś miałby się przebrać za Francuza, z pewnością sięgnie po czerwony beret i po nią: marinère – koszulkę w biało-granatowe paski.

    Read More
  • 5 rzeczy, które należy zjeść (lub wypić) w Bretanii

    Francuska kuchnia nie jest może w Polsce tak popularna jak włoska, ale ma swoich wiernych fanów. Potrawy z kraju nad Sekwaną uchodzą za dość wyrafinowane i może rzeczywiście takie są w ofercie eleganckich paryskich restauracji. Natomiast kuchnia Bretanii jest bardzo prosta. Gospodarka tego regionu Francji opiera się głównie na rolnictwie i rybołówstwie. Na stołach Bretończyków lądują więc produkty pochodzące z pola i morza. Historycznie, kobiety w Bretanii nie mogły zajmować się tylko kuchnią. Kiedy ich mężowie wypływali w morze, one z powodzeniem zarządzały rodzinnym interesem. Przygotowywały więc szybkie i nieskomplikowane potrawy i te tradycje kulinarne przetrwały do czasów, w których morze nie jest wyłącznie domeną mężczyzn, a kuchnia wyłącznie domeną kobiet. Cały sekret tkwi w produktach, a te muszą być najwyższej jakości. Bretończycy robią zakupy przede wszystkim na targu, który odbywa się w większości miasteczek w określony dzień tygodnia. Więcej na ten temat przeczytacie w tym wpisie o targu w Matignon. Drugim najlepszym dniem na zakupy w Bretanii jest… niedziela. Inaczej niż w Polsce, tam w niedzielę handel wręcz kwitnie. Sklepy mają oferty specjalne albo wystawiają dodatkowe stoiska, by obsłużyć jak największą liczbę klientów. Miasteczka są wtedy pełne życia. Z kolei dniem, w który część sklepów pozostaje zamknięta, jest poniedziałek. Przedstawiam Wam wybór pięciu produktów lub potraw, które są najbardziej charakterystyczne dla Bretanii albo są tutaj wyjątkowo smaczne i stanowią niejako pozycje obowiązkowe dla każdego, kto chce zwiedzać ten region także kulinarnie.

    Read More
  • Bretoński #cottagecore

    Przy organizacji wyjazdów zwykle zostaje mi powierzone zadanie znalezienia odpowiedniego miejsca noclegowego. Jeszcze niedawno jedynymi kryteriami, jakie brałam pod uwagę w moich poszukiwaniach, była dobra cena, względy logistyczne, czystość, prywatna łazienka i brak półek wiszących nad łóżkami (No co? Słyszeliście o prawie Murphy’ego?). Ale od pewnego czasu w grę wchodzi jeszcze inny czynnik i nie mam tu wcale na myśli szybkiego WiFi, choć ono niewątpliwie się przydaje. Staram się, aby nasz kwaterunek cieszył oko i aby można się w nim było poczuć jak w domu, choćby tylko na czas urlopu. Moim ideałem jest mały domek na wsi. Jasne, jest to forma pewnego eskapizmu, ale czy wakacje nie powinny być właśnie przeciwieństwem codzienności? Nie jestem gotowa, by porzucić moje wielkomiejskie środowisko i przenieść się na prowincję na stałe. Natomiast kilkudniowa ucieczka na wieś jest jak najbardziej pożądana. Myślę, że podczas wyjazdu do Bretanii, plan takiej ucieczki udało mi się zrealizować. Zapraszam Was na wpis, w którym przedstawię bliżej uroczy, bretoński domek, w którym się zatrzymałam.

    Read More
  • Château du Guildo i ujście rzeki Arguenon

    Gdyby ktoś poprosił mnie, bym za pomocą jednego tylko zdjęcia pokazała mu, jak wygląda Bretania, pewnie wybrałabym któreś z tego wpisu. To tutaj do kanału La Manche wpada rzeka Arguenon, mijając domy z kamienia i ruiny średniowiecznego zamku. Białe ptaki przysiadają na mieliźnie, a uśpione łódki czekają na falę przypływu. Nie zmieniłabym nic w tym idealnie spokojnym krajobrazie. No, może tylko usunęłabym samochody, żeby jeszcze bardziej poczuć się jak w minionych wiekach, kiedy rybacy szukali w ujściu bezpiecznego schronienia, a na łące przed zamkiem pasły się konie. Nie wierzę, że zaledwie trzy miesiące temu miałam to wszystko na wyciągnięcie ręki. Wydaje mi się, jakby od tamtych idyllicznych chwil minęły całe wieki. Chętnie wróciłabym do nieśpiesznego, bretońskiego życia, bo znajduję się obecnie w samym środku zwyczajowego, przedświątecznego tornada. Przy czym, w moim przypadku wcale nie oznacza to pieczenia pierników, wybierania prezentów i ozdabiania domu na Gwiazdkę.

    Read More
  • Szlak templariuszy w Bretanii

    Nieopodal wioski, w której spędzałam moje francuskie wakacje, przebiega starożytna droga, łącząca wschód i zachód Bretanii. Miejscami biegnie tuż przy brzegu morza, które w porze odpływu jest po prostu niezmierzoną przestrzenią grząskiego gruntu. Pewnego razu, nad tą przestrzenią podniosły się gęste niczym mleko opary. Wyglądało to dość surrealistycznie, bo dzień był słoneczny, a widoczność na lądzie doskonała, natomiast miało się wrażenie, jakby ktoś przysłonił horyzont białą kartką. W takiej scenerii widok wyłaniającego się z mgły rycerza w białym płaszczu z czerwonym krzyżem nie byłby niczym niezwykłym (pomijając fakt, że mamy XXI wiek). A bywały czasy, gdy taki widok nie był tutaj wcale rzadkością. Ten ważny europejski szlak był bowiem strzeżony – choć właściwym słowem byłoby pewnie: kontrolowany – przez templariuszy. Mimo że zakon ten nie istnieje od ponad 700 lat, echa jego działalności przetrwały tak w lokalnych opowieściach, jak i światowej popkulturze. Nie ma chyba drugiego zgromadzenia religijnego, które tak działałoby na wyobraźnię współczesnych ludzi. Templariusze pozostawili też po sobie całkiem namacalne ślady w postaci budowli, których w Bretanii jest szczególnie dużo. W tym wpisie przedstawiam Wam dwa miejsca związane z templariuszami, położone w promieniu zaledwie kilku kilometrów od mojej wakacyjnej siedziby.

    Read More
  • Przechadzka po murach Saint-Malo

    Największą zaletą wyjazdów organizowanych samodzielnie jest dla mnie to, że nie mam ściśle sprecyzowanego planu podróży, określającego z dokładnością do kilku minut, co i gdzie będę robić. Nawet jeśli sama sobie taki orientacyjny plan opracuję, to wcale nie muszę się go trzymać. Mogę modyfikować go stosownie do moich potrzeb i upodobań. Nierzadko moje założenia upadają w konfrontacji z rzeczywistością, również dlatego, że w jakimś miejscu czuję się po prostu zbyt dobrze, by tak po prostu się z nim rozstać i ruszyć w dalszą drogę, do kolejnego punktu wycieczki. Tak było z portowym miasteczkiem Cancale, w którym zabawiłam dłużej, niż pierwotnie zamierzałam, jedząc po raz pierwszy w życiu ostrygi, gawędząc z przypadkowo poznanymi Francuzami i robiąc setki zdjęć tamtejszym hodowlom ostryg. Absolutnie nie żałuję, że Cancale tak bardzo mnie zafascynowało. Muszę jednak przyznać, że moja wizyta w Saint-Malo, którą zaplanowałam na ten sam dzień, padła ofiarą tej fascynacji. Nie mogłam poświęcić na zwiedzanie tego miasta tyle czasu, na ile z pewnością zasługuje. Odbyłam za to długą i bardzo satysfakcjonującą przechadzkę po murach miejskich. Z ich wysokości najlepiej widać samo historyczne centrum Saint-Malo, zatokę, a także położony na jej przeciwległym brzegu kurort Dinard.

    Read More
  • Cancale – królestwo ostryg

    Jeśli chodzi o jedzenie, to uwielbiam próbować nowych rzeczy. Niektórych z nich zostaję potem amatorką, a niektóre… cóż, przynajmniej wiem, jak smakują. Będąc w Bretanii, bardzo chciałam zobaczyć Cancale, które uważane jest za jedno z najsłynniejszych i najbardziej renomowanych miejsc hodowli ostryg na świecie. Byłaby to dla mnie świetna okazja, by zjeść moją pierwszą ostrygę w życiu, ale miałam poważne wątpliwości, czy powinnam to zrobić. Po pierwsze, z dokonanego przeze mnie researchu wynikało, że jedzenie ostryg może być groźne dla zdrowia! Lista dolegliwości, które potencjalnie mi groziły, zaczynała się od zatrucia pokarmowego, a kończyła na posocznicy… Nie byłam też pewna, czy starczy mi odwagi, by połknąć bez gryzienia wciąż jeszcze żywą ostrygę, bo taki jest właśnie najbardziej klasyczny sposób spożywania tego przysmaku. Im więcej o tym czytałam i im więcej się nad tym zastanawiałam, tym moje obawy były większe. W wieczór poprzedzający wycieczkę do Cancale zarzekałam się już, że za nic na świecie nie zjem ostryg. Ale gdy już tam dotarłam, udzieliła mi się chyba atmosfera tego miejsca, a także odezwała się ta strona mojej osobowości, która sprawia, że lubię uchodzić za nieustraszoną i moje nastawienie zmieniło się na: „Co, ja nie zjem ostryg? Potrzymaj mi piwo.”

    Read More
  • Na klifach Bretanii – Cap Fréhel i Fort La Latte

    Wyobraź sobie dwa skaliste cyple, wychodzące we wzburzone wody kanału La Manche, połączone półksiężycem klifowego wybrzeża. Na jednym – średniowieczne zamczysko, na drugim – latarnia morska. Pomiędzy nimi – purpurowe połacie wrzosowisk. W dole – spienione fale, z impetem rozbijające się o skały. A teraz pomyśl, że takie miejsce istnieje naprawdę. To przylądek Fréhel (Cap Fréhel) i sąsiadujący z nim zamek Fort La Latte, które tworzą razem imponujący krajobrazowo fragment Szmaragdowego Wybrzeża (Côte d’Émeraude).

    Read More
  • Podróż po jesieni

    „Jakże się cieszę, że żyję w świecie, w którym są październiki” – stwierdziła Ania z Zielonego Wzgórza. Istotnie, to właśnie w tym miesiącu każda jesieniara przeżywa pełnię szczęścia… a przynajmniej takie wnioski płyną z przeglądania jej Instagrama. Ponieważ w ostatnich latach drzewa pozostają zielone przez niemal cały wrzesień, z kolei już w listopadzie spece od handlu i marketingu próbują nam sprzedać Boże Narodzenie, październik stał się w zasadzie synonimem jesieni. A ta w tym roku rozkręcała się wyjątkowo wolno… Aż zawiał silny, ciepły wiatr i w ciągu nocy krajobraz zmienił się diametralnie. Liście, które dotychczas ociągały się ze zmianą koloru i mocno trzymały się na gałęziach, nagle zaścieliły chodniki złotymi dywanami. Przez ostatnie tygodnie zawsze trzymałam aparat fotograficzny w pogotowiu i wykorzystywałam każdą okazję, żeby złapać jesienne kadry w szło obiektywu. Zadanie miałam ułatwione, bo jesienią ciepłe, otulające światło jest szczególnie przychylne fotografom. Dziś możecie zobaczyć efekty tego polowania na zdjęcia, a także poczytać o innych jesieniarskich przyjemnościach.

    Read More