Moje plany podróżnicze na 2019 rok

Napisałam już kilka próbnych wersji tego wpisu, jedną bardziej depresyjną od drugiej. Chodzi o to, że jestem obecnie w takim momencie w życiu, w którym nie bardzo wiem, co ze sobą dalej zrobić. Brakuje mi nowego celu przed sobą. Niestety przekłada się to na moje plany podróżnicze na nowy rok, a raczej na totalny ich brak. Być może należałoby sobie jednak zadać pytanie, czy to takie straszne: nie mieć planów?

Dla osoby, która lubi mieć wszystko pod kontrolą, brak sprecyzowanych planów – czy to na życie, czy to zaledwie podróżniczych – jest sytuacją mało komfortową. Należę do pokolenia, które uczono, że świat nic nam sam nie zaoferuje, musimy sami o to zawalczyć. Taka postawa wymaga jednak świadomości, czego tak naprawdę się chce. Towarzyszy temu ciągły strach, że coś nas ominie, nie zdążymy czegoś zrobić, nie wykorzystamy w pełni nadarzających się okazji, czy też własnego potencjału. I tak tkwimy w pułapce przekonania o własnej mocy sprawczej. Wierząc, że nasz sukces jest implikacją własnych decyzji, winę za wszelkie przeciwności losu bierzemy na siebie. Jest to bardzo, bardzo wyczerpujące.

Szczerze zazdroszczę ludziom, którzy wierzą w przeznaczenie lub tłumaczą swój los wolą bogów lub innego absolutu. Takie rozumowanie musi być bardzo wyzwalające, bo zdejmuje z nich odpowiedzialność za własne życie. O ile łatwiej byłoby po prostu powiedzieć sobie: tak musiało być / nie byliśmy sobie pisani / kiedyś wszelkie krzywdy zostaną wynagrodzone. Oczywiście byłaby to skrajność, w którą ani nie chciałabym, ani pewnie nie potrafiłabym popaść. Ale czy naprawdę muszę mieć wszystko zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach i to z dużym wyprzedzeniem? Czy każdą decyzję muszę podejmować, kierując się względami skrajnie posuniętego racjonalizmu?

W tym momencie nie mam pojęcia, co będę robić w 2019 roku. Nie wiem nawet, jak spędzę moje trzydzieste urodziny, które majaczą złowrogo na horyzoncie. Usiłuję sama siebie przekonać, że jest OK nie mieć planów i poczekać, co dobrego przyniesie czas. Chciałabym – całkiem eksperymentalnie – mniej polegać na rozsądku przy podejmowaniu kluczowych decyzji. Nie oznacza to, że będę teraz wpatrywać się w niebo, czekając na znaki astralne. Ale chciałabym w większym stopniu zaufać własnej intuicji. Wierzę, że intuicja jest najwyższą formą inteligencji i spróbuję postępować zgodnie z nią, nawet jeśli rozsądek będzie dyktował mi inaczej. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że coś ciekawego. Pewne jest natomiast, że nadal będę prowadzić bloga. Będę więc was informować na bieżąco, jak spędzam mój nieoczekiwanie spontaniczny rok 2019.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.