Grąziowa i Perseidy 2020

Moja trasa podróży na daleki wschód Polski wiodła przez zamek w Chęcinach, ziemię sandomierską i dwie niesamowite rezydencje magnackie, aż przywiodła mnie do głównego celu tej wycieczki – w Bieszczady. Aktualnie jednym z moich głównych obszarów zainteresowań jest astronomia. A o niebie w Bieszczadach krążą już legendy! Starałam się dodatkowo tak zaplanować wyjazd, by wstrzelić się z terminem w maksimum aktywności roju meteorów, zwanych Perseidami, które przypadało na noc z 12 na 13 sierpnia. Przy odrobinie szczęścia miałam szansę na pomyślne obserwacje. Pozostawał tylko wybór odpowiedniego miejsca na nocleg. Najlepiej takiego, które zapewnia świetne warunki obserwacyjne na miejscu, bez potrzeby ruszania się poza obiekt w środku nocy. Tak, by niebo obserwować można było w piżamie i z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach.

Grąziowa
Grąziowa
Grąziowa
Wakacje w Zakolu Wiaru

Od jakiegoś czasu należę do grupy Z głową w gwiazdach na Facebooku, którą prowadzi naukowy pasjonat, Karol Wójcicki. Jestem pewna, że jeśli tylko otworzycie stronę Karola, od razu poznacie, o kogo chodzi. Karol organizuje zloty miłośników astronomii w Bieszczadach. Jeden z takich zlotów miał miejsce w lipcu. Niestety nie mogłam wziąć w nim udziału, ale zapamiętałam nazwę miejsca, w którym się odbywał: Zakole Wiaru. Wybór Karola był dla mnie najlepszą rekomendacją, ale i osoby niezwiązane z astronomią gorąco polecały Zakole Wiaru. Nie zastanawiając się wiele, wykonałam szybki telefon i zarezerwowałam cztery noclegi.

Zakole Wiaru to miejsce prowadzone z pasją przez przesympatycznych: panią Zdzisławę, pana Bernarda i ich psa, Beksa, który jest prawdopodobnie najlepiej wychowanym psem, z jakim miałam do czynienia. Jak sama nazwa wskazuje, usytuowane jest w zakolu rzeki Wiar, z dala od większych miejscowości. Kawałek dalej znajduje się co prawda kilka domów, tworzących wieś Grąziowa, poza tym jednak Zakole Wiaru znajduje się pośrodku niczego. Wokół jest tylko niczym niezmącona cisza, zieleń i czyste powietrze, a na cyklistów czekają szlaki rowerowe m.in. do Arłamowa. Nie ma lepszego miejsca do wypoczynku, zarówno tego fizycznego, jak i psychicznego.

Zakole Wiaru tworzą dawne budynki należącego do rządu gospodarstwa, które służyło zaopatrzeniu pobliskiego Ośrodka Wypoczynkowego Rady Ministrów w Arłamowie. Odnowiono je w bardzo wysokim standardzie i teraz służą odwiedzającym wszelkimi wygodami. Zakole Wiaru może i nie jest gospodarstwem agroturystycznym w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale oferuje swoim gościom to, co najlepsze z kultury slow life, jak miód z własnej pasieki i domowe przetwory, oszczędzając im zarazem bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami gospodarskimi. No i najważniejsze: jeżeli nie wybierzecie opcji pobytu z pełnym wyżywieniem (śniadania i obiadokolacje), popełnicie największy błąd w swoim życiu. W Zakolu Wiaru serwują najlepsze jedzonko świata: przepyszne i takie… prawdziwe, bo przygotowane z sercem. Nigdy, w całej mojej podróżniczej karierze, nie jadłam lepiej. Serio, jedzenie jest wystarczającym (choć absolutnie niejedynym) powodem, by spędzić urlop w Zakolu Wiaru.

Zakole Wiaru
Grąziowa – wieś, której nie ma

Ta cisza, spokój i wspaniała izolacja od pędzącego świata miała jednak swoją cenę. W oczekiwaniu na zapadnięcie zmroku i początek astronomicznych obserwacji, wybrałam się na spacer w dół drogi ku niewielkiemu, liczącemu sobie raptem kilka domów skupisku zabudowań Grąziowej. Moją uwagę przykuła stojąca przy zakręcie tablica, opatrzona logo Lasów Państwowych. Tablica informowała, że przed wojną wieś Grąziowa liczyła sobie ponad 200 domów i ponad 1000 mieszkańców. Większość z nich była wyznania greckokatolickiego, ale mieszkała tu też ludność rzymskokatolicka i żydowska. Stała tutaj cerkiew, a nad rzeką działał tartak wodny.

Dziś po dawnej Grąziowej w zasadzie nie ma śladu. Chaty, zagrody, tartak – jakby zapadły się pod ziemię. O ich dawnym usytuowaniu świadczą jedynie zdziczałe sady, porozrzucane gdzieniegdzie po okolicy. Poza drzewami owocowymi o powykręcanych konarach, nie ma tam jednak nic. Żadnych fundamentów, żadnych stosów nadpalonych desek, żadnych zasypanych studni, żadnych pozostawionych w popłochu narzędzi. Ma się wrażenie, że dawna Grąziowa i jej mieszkańcy musieli ulec anihilacji, że przez jakiś błąd w matrycy Wszechświata wymazano ich z czasoprzestrzeni. Gdyby nie wspomniana tablica informacyjna, przeciętny obserwator nie zorientowałby się, że ma do czynienia z jedną z opuszczonych wsi Bieszczadów.

Ale ludność Grąziowej nie zniknęła ot, tak sobie. Choć paradoksalnie, gdyby przyczyną miał być błąd Wszechświata, a nie działalność człowieka, chyba łatwiej byłoby to zrozumieć. Skoro wieś Grąziowa rozrosła się do ponad 200 domów, które zamieszkiwała ludność trzech narodowości i wyznań, to przynajmniej przez jakiś czas musiało to wszystko funkcjonować. Mieszkańcy musieli jakoś dogadywać się między sobą – pewnie czasem lepiej, czasem gorzej, ale przez wiele lat udawało im się razem żyć.

I nagle nazistom zamarzyła się strefa wolna od Żydów. Bandy UPA wymyśliły strefę wolną od Polaków. Z kolei władze Polski Ludowej zdecydowały, że trzeba ustanowić strefę wolną od Ukraińców. Tak powstała Grąziowa – strefa wolna od ludzi. Nieważne, że miałeś swoje życie, swój majątek, na który ciężko pracowałeś i który chciałeś przekazać dzieciom. Dostajesz kwadrans na spakowanie się i masz się wynosić. I nie jest to hipotetyczna, czy zmyślona sytuacja, bo dokładnie tak potraktowano moją babcię i jej rodzinę, wywożąc ich z majątku pod Lwowem na Syberię. Sprawę więc traktuję bardzo osobiście.

Głęboko rozczarowujące jest to, że takie historie, jak ta z wsi Grąziowa, niczego nas nie nauczyły. A przecież wcale nie należą one do zamierzchłej przeszłości. Wielu z nas, tak jak ja, ma takie historie w swojej rodzinie. Czy ci, którzy skandują „wypier…” w stosunku do „starych” czy „nowych” wrogów, naprawdę chcieliby, żeby polskie miasta i wsie wyglądały jak opuszczona Grąziowa? Tak to się właśnie kończy, bo po „oczyszczeniu” terenu z jednej grupy, na indeks trafia kolejna, często nawet ta, która takiego „oczyszczenia” dokonywała. Perspektywą nie jest utopia, w której wszyscy są białymi, heteroseksualnymi katolikami. Perspektywą jest kraj opustoszały, w którym nie będzie chciało się mieszkać.

Grąziowa
Grąziowa
Grąziowa
Grąziowa
Grąziowa
Noc spadających gwiazd

Wróćmy jednak do astronomii, która jest najlepszym lekarstwem na wszelkie „ziemskie” frustracje. Ludzie od zawsze spoglądali w nocne niebo. Zresztą dawniej przyciągało ono wzrok o wiele bardziej niż dzisiaj. Ze względu na wszechobecne zanieczyszczenie światłem, większość z nas widzi tylko niewielki procent tego, co widzieli nasi przodkowie. Spoglądając, zadawali sobie pytania o naturę Wszechświata i próbowali udzielać na nie odpowiedzi.

Wieki temu powszechnie uważano na przykład, że układ ciał niebieskich ma bezpośredni wpływ na wydarzenia na Ziemi. Astrologię traktowano jako pełnoprawną dziedzinę nauki. Echa tamtych poglądów przetrwały do dziś, choćby w języku. Weźmy na przykład język angielski. W słowie disaster, oznaczającym katastrofę, z łatwością dopatrzymy się cząstki „aster” – sądzono bowiem, że wszelkie katastrofy niejako spadają na ludzkość z gwiazd. Z kolei flu, czyli grypa, to skrót od słowa influenza, które w średniowiecznej łacinie oznaczało właśnie „wpływ gwiazd”. Szczególnie przełomowe wydarzenia miało zwiastować pojawienie się komety. Ciekawe, czy dawniej powiązano by pandemię koronawirusa z kometą NEOWISE, która w tym roku przelatywała w pobliżu Ziemi?

Kometa C/2020 F3 NEOWISE ☄️ mknie przez Kosmos i jest widoczna z Ziemi 🌍, w tym z mojego balkonu 🔭 To moja pierwsza…

Opublikowany przez Hrabina Weltmeister Sobota, 25 lipca 2020

Perseidy to rój meteorów, które pojawiają się co roku w lipcu i sierpniu. Szczyt ich aktywności przypada zwykle w okolicach 12 – 13 sierpnia. Przed wyjazdem w Bieszczady nigdy ich nie widziałam, choć wielokrotnie próbowałam, nawet jeśli oznaczało to obserwowanie wąskiego wycinka nieba pomiędzy blokami, z pozycji własnego, poznańskiego balkonu, co – biorąc pod uwagę praktycznie zerowe szanse na zobaczenie choć jednej spadającej gwiazdy – było trochę bez sensu. W przeciwieństwie do gwiazd, dobre warunki obserwacyjne nie spadają jednak z nieba i niekiedy trzeba nieco dopomóc szczęściu. Dla mieszkańców wielkich miast oznacza to zazwyczaj wyjazd poza strefę największego zanieczyszczenia światłem. W Zakolu Wiaru miałam ten przywilej, że mogłam obserwować niebo prosto z balkonu. Ponieważ mój strach przed pożarciem przez niedźwiedzie był zaiste wielki (i nieuzasadniony), było mi to bardzo na rękę. Za pomocą aplikacji w telefonie określiłam kierunek, z którego miały nadlatywać Perseidy i czekałam.

Wokół panowały absolutne ciemności, a ciszę przerywały tylko przeraźliwe nawoływania jakiegoś nocnego zwierzęcia. Nagle dostrzegłam coś kątem oka w zupełnie innej części nieba. Pomyślałam, że to może jakiś przelatujący w pobliżu owad. Po chwili jednak zjawisko się powtórzyło. Tym razem nie miałam już wątpliwości: to był meteor. Po nim pojawił się jeszcze jeden, a potem kolejny. Nie liczyłam, ile Perseidów udało mi się zobaczyć tej nocy, ale pewnie było to około kilkunastu. Wbrew temu, co sobie wyobrażałam, Perseidy pojawiały się praktycznie na całym niebie. Jedne przelatywały pod ostrym kątem w stosunku do powierzchni ziemi, a inne niemal równolegle z horyzontem. Jedne były drobniutkimi, błyszczącymi punkcikami, odpadającymi od nieboskłonu, inne – prawdziwymi świetlnymi bolidami, przecinającymi niebo jasną smugą. Mimo tych różnic, jeśli zobaczycie spadającą gwiazdę, będziecie po prostu wiedzieć, że to jest to. Przemarznięta i niewyspana – już dawno nie czułam się tak szczęśliwa, jak w magiczną noc spadających gwiazd.

Bo mi tak naprawdę niewiele potrzeba do szczęścia: tylko niebo gwiaździste nade mną i niemoralnie dobre naleśniki na śniadanie. W Zakolu Wiaru dostałam i to i to. Dotychczas uważałam powiedzenie „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady” za najbardziej oklepany slogan wszech czasów, ale teraz sama dostrzegam jego sens. Mam wielką nadzieję, że wrócę jeszcze do Zakola Wiaru, zwłaszcza że coraz bardziej kusi mnie astrofotografia (nie, te zdjęcia to jeszcze nie jest porządna astrofotografia). Muszę tylko przekonać, kogo trzeba, by mnie tu przywiózł. Na koniec polecam Wam mój filmik ze spaceru po Grąziowej. Jeśli macie swoje konta na YouTube, to będzie mi szalenie miło, jeśli mnie zasubskrybujecie. Liczę, że filmiki będą z czasem dużo lepsze, a Wy będziecie wtedy mogli powiedzieć z dumą: „subskrybowałem Hrabinę, jeszcze zanim stała się sławna” :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.