„Free Solo” – dokumentalny dreszczowiec

Wśród rzeczy, które mnie fascynują, poczesne miejsce zajmuje wspinaczka. Jest to dziwne, wiem, tym bardziej, że sama się nie wspinam i nie mam nawet ochoty się wspinać. Ale lubię wspinaczkę oglądać i czytać o tym, jak wspinają się inni – sama stojąc bezpiecznie na pewnym gruncie. „Wszystko za Everest” Jona Krakauera należy do moich ulubionych książek, a stary, dobry film „Na krawędzi” z Sylvestrem Stallone mogłabym oglądać bez końca. Im wyżej, zimniej i bardziej niebezpiecznie, tym lepiej.

Dlatego też podekscytowana zasiadłam przed telewizorem, aby obejrzeć emitowany na National Geographic film dokumentalny „Free Solo”. Dokument został w tym roku nagrodzony Oscarem. Za jego reżyserię odpowiada Elizabeth Chai Vasarhelyi wraz z mężem, znanym wspinaczem, fotografem i filmowcem – Jimmym Chinem. Film koncentruje się na postaci Alexa Honnolda, który uprawia najbardziej ekstremalny rodzaj wspinaczki, zwany free solo – samotną wspinaczkę bez zabezpieczeń.

Bez zabezpieczeń oznacza BEZ ZABEZPIECZEŃ. Bez lin, czekanów, haków, uprzęży, karabinków. Jedynym „sprzętem”, który odpowiada za przyczepność, są ręce i nogi wspinacza. Oczywiście ryzyko jest ogromne, bo najmniejszy błąd może oznaczać upadek i śmierć. Dobrze wyjaśnił to wypowiadający się w filmie wspinacz Tommy Caldwell, mówiąc, że free solo jest jak konkurencja na olimpiadzie, w której sportowiec, który nie zdobędzie złota, umiera. Nam, zwykłym ludziom, trudno pojąć, jak ktoś może zdobyć się na tak skrajną brawurę. Trudno też zrozumieć słowa Alexa, twierdzącego chociażby, że długie życie nie jest jego priorytetem, albo, że skoro wszyscy kiedyś umrzemy, to równie dobrze może to być teraz. Jeśli zastanawiacie się, co taki człowiek musi mieć w głowie, to film daje poniekąd odpowiedź na to pytanie.

Samobójca? Nie do końca. Do każdego wejścia free solo Honnold dokładnie się przygotowuje, wielokrotnie zdobywając upatrzoną skałę w tradycyjny sposób – z zabezpieczeniem. Notuje w dzienniku, a potem zapamiętuje każdą wypustkę skalną i każdy punkt oparcia. Jak się przekonamy, oglądając film, potrafi także odpuścić wejście, gdy czuje się niepewnie.

Film dokumentuje przygotowania Alexa do solowej wspinaczki bez zabezpieczeń na słynną skałę El Capitan, wznoszącą się w Parku Narodowym Yosemite w Kalifornii. Gdyby mu się to udało, byłby pierwszym wspinaczem free solo w historii, który dokonałby tego wyczynu. Nawet tradycyjna wspinaczka na El Capitan jest trudna, bo skała wznosi się ponad 2300 m n.p.m. ekstremalnie pionową, miejscami niemal zupełnie gładką ścianą. Na najniebezpieczniejszym odcinku prawie nie ma punktów zaczepienia. Taka wspinaczka wymaga nadludzkiej sprawności i precyzji ruchów.

Po wielu miesiącach przygotowań, Honnold podejmuje się ataku na El Capitan. Obserwowanie, jak pnie się w górę, mrozi nam krew w żyłach nie mniej od filmującej go ekipy. Filmowcy są zresztą doskonale świadomi, że w każdej chwili kamery mogą zarejestrować upadek wspinacza.

Nie zdradzę wam zakończenia tej eskapady. W trakcie oglądania ani na chwilę nie tracimy wrażenia, że oba scenariusze są możliwe i tak też jest w rzeczywistości. Czy Alex Honnold po raz kolejny oszukał śmierć? Czy też film jest jedynie pamiątką po nim? Mam nadzieję, że chęć poznania odpowiedzi skłoni was do obejrzenia „Free Solo”, bo warto. W bonusie – dzikie i majestatyczne krajobrazy Yosemite, na które spoglądałam pożądliwie z drugiej strony srebrenego ekranu.

Zdjęcie tytułowe przedstawia skałę El Capitan i pochodzi z pixabay.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.