Festa del Barbarossa i miasteczka Val d’Orcia

Przed podróżą postanowiłam wreszcie przeczytać „Pod słońcem Toskanii” Frances Mayes. Ta bodajże najsłynniejsza książka o przeprowadzce do krainy Medyceuszy od lat kurzyła się u nas na półce, w sekcji literatury poświęconej Toskanii i Prowansji (tak, mamy taką sekcję w biblioteczce, sama ją układałam). Na okładce – kadr z filmu pod tym samym tytułem, nakręconego na motywach książki. Od czasu jego powstania w 2003 roku, produkcje oparte na podobnym schemacie: udręczony stresującą, wielkomiejską egzystencją bohater odnajduje radość w prostym, ale pełnowartościowym życiu na jakiejś uroczej prowincji, wciąż wyrastają jak grzyby po deszczu. Ale to właśnie „Pod słońcem Toskanii” uważam za najlepszą. Opowiada historię młodej Amerykanki, która właśnie rozwiodła się z mężem i spontanicznie kupiła zrujnowany dom w Toskanii. Ma zamiar zrealizować w nim swoją wizję idealnego rodzinnego życia, do czego dąży z determinacją, ocierającą się nawet o desperację. Jest w tym sporo humoru, ale i szczerości oraz autentyczności, bo tak to często bywa, że poszukując szczęścia narażamy się na upokorzenia, ponosimy porażki, spotykamy z odmową, a czasami po prostu mamy pecha. Bywa też, że zamierzonej wizji nie uda się zrealizować, a wtedy trzeba dokonać jej korekty albo pójść na kompromis w sferze własnych marzeń.

Książkowy pierwowzór ma mało wspólnego z filmem. Trudno się zresztą dziwić, bo autobiograficzne wspomnienia i refleksje autorki trudno byłoby w interesujący sposób przenieść na ekran. Na papierze mają one pewien urok, ale żadnej akcji w nich nie ma. Sama Frances wprawdzie również rozwiodła się z mężem, ale w momencie zakupu domu w Toskanii jest już w kolejnym, udanym związku i zajmuje się głównie przyrządzaniem potraw. Książka bardzo traci przez to na dramaturgii, choć nie jest to przecież gatunek, który takiej dramaturgii by wymagał. Zarówno w papierowej, jak i filmowej wersji „Pod słońcem Toskanii” pojawiają się Polacy, dzielni budowniczowie muru. W obu wersjach zostali przedstawieni bardzo pozytywnie jako sprawni, pracowici i rzetelni fachowcy. W filmie co prawda nie udało się zupełnie uniknąć stereotypów, ale za to role naszych rodaków zostały bardzo rozbudowane. Jeden z nich, aby zaimponować rodzinie swojej włoskiej dziewczyny, próbuje sił w sztuce rzucania flag podczas lokalnego święta.

Festa del Barbarossa i San Quirico d’Orcia

Tradycja rzucania flag sięga średniowiecza i nadal jest kultywowana, szczególnie w Toskanii. Ubrani w średniowieczne stroje ludzie wykonują fantastyczne, żonglerskie ewolucje z użyciem zatkniętych na drzewce chorągwi. Nie liczyłam, że dane mi będzie zobaczyć to na żywo, ale traf chciał, że na czas mojego pobytu przypadł kulminacyjny moment miejskiego święta Festa del Barbarossa w San Quirico d’Orcia. Idea jest podobna do słynnego Il Palio w Sienie i opiera się na rywalizacji dzielnic. W San Quirico d’Orcia jest ich cztery: Borgo, Canneti, Castello i Prato. Festiwal organizowany jest na pamiątkę przybycia do miasta Fryderyka I Barbarossy w 1155 roku, który podróżował do Rzymu po koronę cesarską i spotkał się tu z emisariuszami papieża Hadriana IV. Choć Festa del Barbarossa odwołuje się do wydarzenia sprzed setek lat, to tradycja święta jest całkiem świeża. Organizuje się je od 1962 roku z inspiracji Orfea Sorbelliniego, który wymyślił także nazwy poszczególnych dzielnic (quartieri), ich heraldykę i barwy. Reprezentanci dzielnic rywalizują ze sobą w dwóch konkurencjach: łucznictwie i rzucaniu flag. Pierwszy konkurs rzucania flag odbył się w 1964 roku i był równocześnie pierwszym tego typu wydarzeniem we Włoszech. Choć sam zwyczaj żonglerki chorągwiami sięga daleko wstecz, to po raz pierwszy ujęto go w ramy zawodów. Rywalizacji towarzyszą występy, inscenizacje historyczne i wspólne biesiadowanie na ulicach odświętnie przystrojonego miasta.

Na główny plac docieramy przy dźwiękach kościelnych dzwonów. Kręci się już na nim spory tłumek mieszkańców i gapiów. Wielu z nich jest przebranych w stroje z epoki, inni noszą koszulki z nazwami dzielnic, którym kibicują. Z oddali słychać dźwięki werbli i z czterech stron miasta nadciągają pochody reprezentantów wszystkich quartieri. Zmierzają w stronę kościoła i po kolei znikają w jego wnętrzach. Po nich, z bramy ogrodów Horti Leonini wyłania się pochód możnowładców, prowadzonych przez bardzo przejęte swoją rolą bębniarki. Mieszkańcy San Quirico d’Orcia musieli zadać sobie wiele trudu, żeby to wszystko zorganizować, ale z pewnością mieli przy tym mnóstwo zabawy. Po uroczystej mszy przedstawiciele czterech dzielnic ustawiają się w grupach na placu, a możnowładcy u szczytu schodów kościoła. Ubrany w długie szaty herold odczytuje podniosłym głosem coś, z czego rozumiem może co dziesiąte słowo. Potem następuje losowanie kolejności występów w konkursie rzucania flag. Plac pustoszeje, by zrobić miejsce dla zawodników.

Zaczyna się rywalizacja. Drużyny czterech dzielnic, każda złożona z czterech zawodników, prezentują swoje programy, które łączą w sobie elementy tańca, akrobatyki i żonglerki, zespojone skomplikowaną choreografią. Flagi śmigają na wszystkie strony, aż trudno nadążyć za nimi wzrokiem. Raz płyną w powietrzu jak skrzydła motyla, by po chwili wystrzelić w górę niczym rakieta kosmiczna. Towarzyszy im szybki rytm bębnów: ratatatatatatatatata. Ktoś za mną krzyczy „Forza! Forza! Forza!”. Flaga szybuje na kilka metrów, a mi przemyka przez myśl, na ile prawdopodobne jest, by spotkało mnie to, co tego Polaka w filmie „Pod słońcem Toskanii” – mówiąc wprost: czy mogę dostać tym kijem w łeb. Na szczęście drzewiec zgrabnie ląduje w dłoni zręcznego zawodnika. Udało się! Chorągiew nie dotknęła ziemi, co oznaczałoby spory dyshonor dla quartiere. Rozlegają się salwy oklasków. Konkurs wzbudza u mieszkańców miasteczka emocje porównywalne z tymi, jakie towarzyszą Il Palio, tylko na mniejszą skalę. Te emocje udzielają się także mi i prawie zazdroszczę mieszkańcom San Quirico d’Orcia wspólnego, tak doskonale integrującego społeczność święta. Wyobrażam sobie, jakby to było, gdyby coś podobnego odbywało się w Poznaniu, a ja reprezentowałabym Rataje jako ubrana w średniowieczny strój werblistka ;)

San Quirico d'Orcia

Festa del Barbarossa San Quirico d'Orcia

Festa del Barbarossa San Quirico d'Orcia

Festa del Barbarossa San Quirico d'Orcia

Festa del Barbarossa San Quirico d'Orcia

Festa del Barbarossa San Quirico d'Orcia

Festa del Barbarossa San Quirico d'Orcia

Festa del Barbarossa San Quirico d'Orcia

Festa del Barbarossa San Quirico d'Orcia

Horti Leonini San Quirico d'Orcia

Horti Leonini San Quirico d'Orcia

Horti Leonini San Quirico d'Orcia

Horti Leonini San Quirico d'Orcia

San Quirico d'Orcia

Castiglione d’Orcia i Rocca d’Orcia

Festiwal nadal trwa, ale my musimy już ruszać w dalszą drogę. Następny przystanek to kolejna z uroczych miejscowości doliny rzeki Orcia. Castiglione d’Orcia wraz z satelicką wioską Rocca d’Orcia są położone na wysokim wzgórzu, na które wjeżdża się serpentyną, dostarczającą imponujących wręcz widoków. Ich nazwy wzięły się od zamku górującego nad Castiglione i twierdzy – charakterystycznego punktu Rocca, widocznego dobrze w promieniu wielu mil. Robimy rundkę po opustoszałym w czasie sjesty mieście. Jedynymi żywymi duszami zdają się być pewien staruszek, siedzący na progu swojego domu, który pozdrawia nas melodyjnym „buongiorno” oraz czarny kot, wylegujący się w cieniu pod murem. Zagłębiając się w miasto, dostrzegamy jeszcze kilkoro turystów, błąkających się w ciasnych uliczkach. Nieco więcej ludzi jest na ulicy z małymi knajpeczkami. Siadamy w ogródku jednej z nich i zamawiamy grzanki crostini, wodę, oranżadę i białe wino. Kelnerka przynosi nam talerz crostini, na którym znajdują się grzanki z oczywistym „obkładem”, jak pomidor czy po prostu oliwa, oraz takim, który usilnie i z rożnym skutkiem próbuję rozszyfrować. Tak czy inaczej, włoska kuchnia po raz kolejny udowadnia, że najlepsze są najprostsze dania.

Castiglione d'Orcia

Castiglione d'Orcia

Castiglione d'Orcia

Castiglione d'Orcia

Val d'Orcia

Rocca d'Orcia

Castiglione d'Orcia

Castiglione d'Orcia

Crostini

Okolice Agriturismo Poggio Covili

Wiadomo, o co chodzi w Toskanii – chodzi o cyprysy. Cyprysy potrafią zamienić zwykłą, polną drogę w jeden z najbardziej pożądanych obiektów fotograficznych świata. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że absolutna większość ikonicznych, pocztówkowych widoczków tego regionu Italii, z falującymi polami i strzelistymi cyprysami, znajduje się właśnie w Val d’Orcia. Jest to prawdziwy raj dla fotografów. Ci bardziej ambitni wstają nad ranem i czekają ze statywem na świt w nadziei na wystąpienie słynnych porannych mgieł, wśród których wzgórza Toskanii prezentują się wyjątkowo korzystnie. Ci, którzy nie są skłonni do aż takich poświęceń, a do których i ja się zaliczam, po prostu przystają na poboczu (niekiedy spotyka się specjalnie utworzone w tym celu zatoczki) i wyskakują z samochodu na błyskawiczną sesję. W takich właśnie okolicznościach robiłam zdjęcia przy Agriturismo Poggio Covili, znanym z idealnie prostego i symetrycznego szpaleru cyprysów. Wjazd na samą cyprysową drogę jest zagrodzony. Trudno się zresztą dziwić – po jakimś czasie każdy miałby dość parkujących na jego podjeździe kabrioletów i opierających się o ich tył lasencji. Ale przystanąć na chwilę jak najbardziej można, a kadr i tak jest najpiękniejszy u wylotu drogi.

Val d'Orcia

Val d'Orcia

Agriturismo Poggio Covili

Agriturismo Poggio Covili

Agriturismo Poggio Covili

Agriturismo Poggio Covili

Bagno Vignoni

Ostatnim przystankiem na naszej trasie objazdu po Val d’Orcia tego dnia jest miasteczko Bagno Vignoni. Niektórzy twierdzą, że wszystkie toskańskie miasteczka są do siebie podobne. I pewnie coś w tym jest. Natomiast Bagno Vignoni wyróżnia się spośród innych miejscowości w regionie tym, że ma basen zamiast rynku. Nie jest to jednak wariacja na temat: jak uniknąć betonozy w zagospodarowaniu przestrzennym. Ów basen wypełniony jest bowiem wodą termalną z bijącego tutaj gorącego źródła, znanego od czasów starożytności. Obecnie kąpiel na rynku nie jest dopuszczalna, choć bardzo kusząca, szczególnie przy upałach, ale w przeszłości była chętnie praktykowana, zwłaszcza przez pielgrzymów podróżujących do Rzymu szlakiem Via Francigena. Pluskały się tu nawet tak wybitne osobistości jak święta Katarzyna ze Sieny, papież Pius II i najsłynniejszy Medyceusz, Wawrzyniec Wspaniały. Zwykłym (i współczesnym) śmiertelnikom pozostaje kąpiel w naturalnych basenach na obrzeżach miasteczka albo wykupienie pobytu w hotelu, który ma prywatny dostęp do źródeł. Mi w zupełności wystarcza przesiadywanie na murku pod arkadami, przylegającymi do jednej ze ścian zbiornika wodnego na rynku. Trzeba przyznać, że miejsce faktycznie jest unikatowe!

Bagno Vignoni

Bagno Vignoni

Bagno Vignoni

Bagno Vignoni

Bagno Vignoni

Bagno Vignoni

Bagno Vignoni

Planowaliśmy zjeść kolację w Bagno Vignoni, ale nie mogliśmy się doczekać ponownego otwarcia restauracji po sjeście. Włóczenie się przez godzinę po miasteczku, które – bądźmy szczerzy – da się obejść w dziesięć minut, to już i tak było za dużo. Skończyło się na lodach i na powrocie do naszego agriturismo, gdzie czekały na nas resztki ze śniadania. Dzięki Bogu, mieszkamy w winnicy i możemy w każdej chwili zaopatrzyć się tu w produkt, który nawet najskromniejszy posiłek potrafi zamienić w ucztę godną królów. Kieliszek karminowego płynu plus widok na Montalcino o zachodzie słońca i już nic więcej nie potrzeba do szczęścia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.