Èze – Instagram kontra średniowiecze

Pewnego dnia podczas moich wakacji we Włoszech postanowiłam wybrać się do Èze. Jest to jedno z najpiękniejszych średniowiecznych miasteczek na Lazurowym Wybrzeżu, a jego popularność znacząco wzrosła wraz z nastaniem (a może powrotem?) mody na wakacje na południu Francji. Duży udział w kreowaniu takich mód ma oczywiście Instagram, a trzeba przyznać, że to miasteczko jest wyjątkowo fotogeniczne. Èze leży w odległości zaledwie około 70 km od Porto Maurizio (części miasta Imperia), w którym się zatrzymałam. Imperia jest w dodatku świetnie skomunikowana – przebiega przez nią linia kolejowa, łącząca włoskie Wybrzeże Liguryjskie z francuskim Côte d’Azur, w tym z Èze. Nic prostszego, prawda? Też mi się tak wydawało. Jest to jednak Południe, a tutaj korzystanie z transportu publicznego to nigdy nie jest bułka z masłem.

Pierwszym wyzwaniem w mojej podróży do Èze okazało się już samo dotarcie na dworzec. Stara stacja kolejowa w Porto Maurizio została kilka lat temu zamknięta, a odległość do nowej przekraczała możliwości spaceru. Udało mi się jednak zlokalizować przystanek autobusowy, z którego powinny odjeżdżać autobusy na dworzec. Wyruszyliśmy więc z jednego średniowiecznego miasteczka na wzgórzu, by zobaczyć inne średniowieczne miasteczko na wzgórzu. Towarzyszył nam nasz piesek, Klaus. Po zajechaniu w dół trzema windami miejskimi i poszukiwaniu kiosku w celu zakupu biletów, znalazłam się na przystanku przy porciku. I stanęłam oko w oko z włoskim rozkładem jazdy. Ponieważ jego zrozumienie mnie przerosło, poszukałam pomocy u grupki starszych pań. Jak się dowiedziałam, autobus odjechał o godzinie 8:00 i był to jedyny autobus na dworzec tego dnia. No ale od czego są taksówki. Znalazłam w internecie odpowiedni numer, zadzwoniłam i zamówiłam transport, który faktycznie przyjechał dość szybko.

Następny etap podróży przebiegł bezproblemowo. Jazda pociągiem do Francji odbywa się z przesiadką w Ventimiglii – ostatniej miejscowości przed granicą francusko-włoską. Kilka stacji dalej byliśmy już na stacji Èze-sur-Mer. Èze-sur-Mer to „Èze dolne”, leżące – dla uproszczenia – na poziomie morza. Zabytkowe Èze Village, czyli „Èze górne” leży wysoko na wzgórzach nad Èze-sur-Mer. Można tam dojechać autobusem albo udać się na pieszą wędrówkę malowniczą, choć wymagającą ścieżką, zwaną Chemin de Nietzsche. Ścieżka ta nosi imię słynnego filozofa nie bez powodu, bo Nietzsche przebywał w Èze i podobno nawet sam wspinał się tym szlakiem. To właśnie podczas pobytu w tym miasteczku tworzył swoje największe dzieło „Tako rzecze Zaratustra”. Do rozkładu jazdy podanego na przystanku autobusowym nie należało się, rzecz jasna, zbytnio przywiązywać. Myślę, że można założyć, że w stronę Èze Village odjeżdża stamtąd jeden autobus na godzinę.

Zanim autobus nadjechał, na przystanku zgromadziła się już spora grupka turystów. Jeszcze więcej znajdowało się już w środku pojazdu. Wsiadając, chcieliśmy kupić bilety u kierowcy, ale ten machnął tylko ręką i kazał nam po prostu upchnąć się gdzieś między pasażerami. Jazda trwała może kwadrans, podczas którego pokonaliśmy niezliczoną ilość serpentyn, pnąc się coraz bardziej w górę, na poziom najwyższych skał wznoszących się nad taflą Morza Śródziemnego. Przejazdowi towarzyszyły spektakularne widoki, ale przy ostrzejszych zakrętach żołądek podchodził mi do gardła. Autobus dowiózł nas na placyk pod miasteczkiem. Ostatni odcinek na wzgórze musieliśmy już pokonać na własnych nogach. Èze Village jest typowym średniowiecznym miasteczkiem obronnym. Cechy obronne miały tu większą wartość od komfortu mieszkańców, więc Èze jest po prostu otoczonym murami labiryntem wąskich uliczek i schodów, przy których stoją kamienne domki.

Wygląda to wszystko przepięknie i otoczenie faktycznie jest bardzo instagramowalne, choć kręci się tu bardzo dużo ludzi, więc zrobienie dobrego zdjęcia jest sporym wyzwaniem. Musimy jednak mieć świadomość, że jest to miasto-skansen. Podobno nie ma tu już „prawdziwych” mieszkańców, a urocze domki zostały zamienione na pokoje działających tutaj luksusowych hoteli: Château Eza i Château de La Chèvre d’Or. Natomiast tym, co wyróżnia Èze spośród innych warownych miasteczek Lazurowego Wybrzeża, jest Jardin Exotique, czyli ogród botaniczny z imponującą kolekcją kaktusów. Utworzono go na ruinach zamku, wznoszącego się kiedyś nad Èze. Wisienką na torcie jest tutaj pocztówkowy widok na Cap Ferrat, zwany „półwyspem miliarderów”, gdyż mają na nim swoje wille ludzie należący do największych bogaczy świata. Wokół półwyspu kręcą się łódki i jachty, ciągnąc za sobą białe smugi. Z tej wysokości wyglądają jak rozpędzone elektrony.

Wspinaczka po uliczkach Èze i Jardin Exotique sprawiła, że okropnie zgłodniałam. Usiedliśmy w ogródku winiarni pod murami miasteczka, żeby coś zjeść. Przez cały dzień było gorąco i słonecznie, ale wystarczyło raptem kilka minut, by pogoda diametralnie się zmieniła. Znad gór napłynęły ciężkie, ciemne chmury, a po chwili zerwał się silny wiatr. Uprzejma obsługa restauracji, pomogła nam się przenieść do środka. Chwilę później sala zapełniła się uciekinierami, którzy schronili się tu przez nawałnicą. Tymczasem za oknami rozszalała się burza. Przeciągaliśmy nasz pobyt w przytulnym wnętrzu jak tylko się dało, ale w końcu trzeba było się zebrać i iść na autobus. Nawałnica już ustała, ale nadal padało. Ponadto było przeraźliwie zimno, temperatura musiała spaść do kilkunastu stopni. Nie zakładałam takiego scenariusza i nie miałam ze sobą żadnych cieplejszych ubrań. Dołączyliśmy do dużej grupy osób ściśniętych jak pingwiny pod przystankową wiatą i razem z nimi czekaliśmy na autobus jak na zbawienie. Ten przyjechał po 40 minutach. Z trudem udało się upchnąć w pojeździe wszystkich chętnych. To było najdłuższe 40 minut w moim życiu.

Myślałam, że najgorsze mam już za sobą, ale włoska organizacja transportu jak zwykle była w stanie mnie zaskoczyć. Kiedy wreszcie wylądowaliśmy na dworcu w Imperii, było już po dwudziestej. Liczyłam, że szybko znajdziemy się w domu, ale okazało się, że na postoju nie ma żadnej taksówki. A kiedy próbowałam zadzwonić do korporacji, słyszałam tylko automatyczny komunikat, który był dla mnie niezrozumiały. Kasy na dworcu były już zamknięte. Pasażerowie rozjechali się do swoich domów, odbierani przez rodziny i znajomych. Na placu przed dworcem zostaliśmy tylko my, dwie kobiety z kilkuletnim chłopcem i dziewczyna z dużym psem. Ja z kolei coraz bardziej martwiłam się o mojego pieska, który musiał być już bardzo zmęczony po całodziennej podróży. Po jakimś czasie pod dworzec podjechała taksówka. Ruszyłam biegiem i dopadłam do niej jako pierwsza. Taksówkarz zabrał jednak dziewczynę z dużym psem. Próbowałam protestować, bo przecież byłam pierwsza, ale kierowca nie chciał mnie słuchać. Odburknął tylko coś po włosku, a kiedy mimo to nie ustępowałam, zdobył się na to, by powiedzieć po angielsku: „the lady called” – „ta pani dzwoniła”. Usiłowałam go więc ubłagać, żeby po nas wrócił albo przysłał któregoś z kolegów-taksówkarzy, ale z jego miny wnioskowałam, że wcale nie ma ochoty mi pomagać.

Być może zresztą nie należało się mu dziwić. W końcu miał do czynienia z zapewne szaloną, potencjalnie niebezpieczną osobą w przebraniu Ani z Zielonego Wzgórza. Dwie kobiety z chłopcem również nie mogły znaleźć transportu. Im jednak udało się w końcu dodzwonić po taksówkę. Jak twierdziły, jeden z ich telefonów wreszcie odebrał „żywy” człowiek. Ja natomiast za każdym razem wysłuchiwałam tego samego, niezrozumiałego komunikatu. Ilekroć przed dworcem pojawiały się nowe osoby, coraz bardziej zdesperowana, próbowałam uzyskać u nich jakiekolwiek wsparcie. Pewna Włoszka, świetnie mówiąca po angielsku, bardzo zaangażowała się, by mi pomóc. To właśnie ona uświadomiła mi, że komunikat notorycznie odtwarzany pod telefonem korporacji oznacza, że żadna taksówka nie jest w tym momencie dostępna i mam zadzwonić później. Zasugerowała mi więc, bym spróbowała dojechać do centrum miasta autobusem. Jednak po sprawdzeniu rozkładu jazdy okazało się, że w ciągu godziny, jaką już spędziłam pod dworcem, powinny przyjechać trzy autobusy. Nie przyjechał żaden. Starsza pani, która przysłuchiwała się naszej rozmowie, skwitowała: „Chcesz jechać autobusem – żaden nie kursuje. Chcesz jechać taksówką – nie ma dostępnych. Chcesz jechać pociągiem – pociąg się spóźnia. To jest właśnie Italia!”.

Tymczasem po te dwie kobiety z chłopcem przyjechała zamówiona taksówka. Był to ten sam kierowca, z którym miałam do czynienia wcześniej. Raz jeszcze próbowałam go ubłagać, by po nas wrócił albo przysłał któregoś z kolegów. Taksówkarz mówił do mnie coś, czego nie rozumiałam. Musiało to być coś niegrzecznego, bo pani, która mi pomagała, zaczęła mnie przepraszać za to, że nie wszyscy Włosi są uprzejmi. Uprzejmy czy nie – nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Chciałam jedynie, by Klausik był już bezpieczny w domu. Z bezsilności łzy napływały mi do oczu. Jak to się skończyło? Wróciła po nas taksówka, ale nie ta z nieuprzejmym kierowcą, lecz inna, którą wyczaiłam na postoju z boku stacji. Wsiadali do niej jacyś inni ludzie, ale udało mi się uzyskać choć tyle, że taksówkarz wysłuchał moich pełnych desperacji błagań – niemal rzuciłam się mu na maskę i przyssałam się do bocznej szyby – i obiecał wrócić za kilka minut. Obietnicy dotrzymał.

Tego dnia moja miłość do Włoch została wystawiona na ciężką próbę. Będąc w jakimkolwiek kraju na południe od Szwajcarii nie oczekuję, rzecz jasna, że transport publiczny będzie funkcjonował – no właśnie – jak w szwajcarskim zegarku. Ale fakt, że w ponad czterdziestotysięcznym mieście przez godzinę nie byłam w stanie opuścić dworca ani taksówką, ani – tym bardziej – zbior-komem, zakrawa już na absurd. W efekcie, jadąc do miejsca oddalonego tylko o 70 km, w podróży spędziłam cały dzień, a na jego zwiedzanie mogłam poświęcić zaledwie godzinę. Francja też nie ułatwiła mi zadania. Częstotliwość kursowania autobusów do Èze Village w szczycie sezonu turystycznego była zupełnie nieadekwatne do potrzeb, bo Èze faktycznie jest bardzo popularne i ściągają do niego turyści z całego świata. A może jest to jednak celowa strategia, mająca na celu ograniczenie dopływu zwiedzających do miasteczka?

Czy była to gra warta świeczki? Ze względu na widok z Ogrodu Egzotycznego w Èze – pewnie tak, choć wówczas – zmęczona, zziębnięta i sfrustrowana – za najpiękniejszy widok na świecie uważałam nasze pola i wierzby rosochate. Wniosek z tego płynie taki, że najlepiej być jednym z miliarderów z Cap Ferrat i mieć własnego Bentleya z szoferem, który dowiezie nas wszędzie i w każdym czasie. A tak na serio: logistyka podróżowania po Ligurii i Lazurowym Wybrzeżu nie jest łatwa i trzeba wziąć to pod uwagę, planując wakacje w tych rejonach. Jednocześnie, choć Èze jest niezaprzeczalnie piękne i cieszę się, że je odwiedziłam, to jednak „moje” Porto Maurizo ma w moim pojęciu o wiele więcej uroku. I to pomimo, że jest zwykle pomijane w przewodnikach, a widoki tutaj nie dorównują tym z francuskiego miasteczka. Uwielbiam je eksplorować pod każdym możliwym względem i w kolejnych wpisach będę się nim z Wami dzielić.

Èze

Èze

Èze

Èze

Èze

Èze

Èze

Èze

Èze

Èze

Èze Jardin Exotique Ogród Egzotyczny

Èze Jardin Exotique Ogród Egzotyczny

Èze Jardin Exotique Ogród Egzotyczny

Èze Jardin Exotique Ogród Egzotyczny

Èze Jardin Exotique Ogród Egzotyczny

Èze Jardin Exotique Ogród Egzotyczny

Èze Jardin Exotique Ogród Egzotyczny

Èze Jardin Exotique Ogród Egzotyczny

Èze Jardin Exotique Ogród Egzotyczny

Instagram…
… kontra rzeczywistość.

2 thoughts on “Èze – Instagram kontra średniowiecze

  • Reply Andrzej Drzewiec 7 października 2023 at 11:43 am

    Cześć! Muszę przyznać, że Twoja opowieść o podróży do Èze jest naprawdę fascynująca i pełna niespodzianek. Z jednej strony, cudowne krajobrazy i urokliwe miasteczka, z drugiej – wyzwania związane z transportem i nieprzewidywalnością sytuacji. Twoje doświadczenia z włoskim transportem publicznym brzmią jak prawdziwa przygoda, choć pewnie w chwili, gdy się to działo, była to raczej frustrująca odprawa.

    Zgadzam się z Tobą, że choć Èze jest przepiękne, to nie zawsze warto podążać za tłumem turystów. Często to właśnie mniej znane miejsca, takie jak Porto Maurizio, oferują autentyczne doświadczenia i prawdziwy urok regionu. Twoja historia przypomniała mi o tym, jak ważne jest, aby być elastycznym podczas podróży i być gotowym na niespodzianki. Dziękuję za podzielenie się swoją historią i czekam na kolejne wpisy o Twoich przygodach we Włoszech! Pozdrawiam serdecznie!

    • Reply Hrabina Weltmeister 7 października 2023 at 11:23 pm

      Bardzo dziękuję, że znalazłeś czas, żeby przeczytać moją opowieść i napisać ten komentarz. Rzeczywiście, z perspektywy czasu patrzę na to jak na przygodę. Masz rację, w podróży trzeba być elastycznym i gotowym na wszystko :) Również pozdrawiam Cię serdecznie i dziękuję za odwiedziny na blogu!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.