Cortona – gdzie Etruskowie spotykają Amerykanów

Czasami zastanawiam się, ile fantastycznych budowli ocalałaby do naszych czasów, gdyby kolejne pokolenia zdołały się wyzbyć przekonania, że są w stanie zbudować lepsze konstrukcje niż te, które były dziełami ich przodków. Czy przez to nie byłoby postępu w architekturze? Cóż, jeżeli w ten sposób nigdy nie wymyślono by szklanych wieżowców bez otwieranych okien, to jestem za! W Italii, mam wrażenie, ludzie nie mają skłonności do burzenia starych i stawiania nowych budynków, o ile nie jest to konieczne. A nawet w takim przypadku do nowych budowli wykorzystuje się wszystko, co udało się zachować z poprzednich. Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek natknęła się na wyraźnie nowy dom w historycznych centrach miasteczek Toskanii. Między innymi dlatego tak mi się tu podoba. Stojąc pod murami Cortony, które budowali jeszcze Etruskowie, mam przed sobą jeden z najlepszych przykładów takiej architektonicznej kontynuacji pokoleń.

Jeśli nigdy nie słyszeliście o Etruskach, to spieszę wyjaśnić, że był to lud, zamieszkujący północną i środkową Italię jeszcze przed starożytnymi Rzymianami. Etruskowie stworzyli wysoko rozwiniętą cywilizację, a jej główne ośrodki znajdowały się na terenie Toskanii. Jednym z nich była właśnie Cortona. Innym, który też miałam szczęście odwiedzić i o którym traktuje jeden z pierwszych wpisów na tym blogu – Volterra. Etruskowie zostali ostatecznie wchłonięci przez kulturę łacińską. Ta jednak przejęła tak wiele z tradycji swoich poprzedników, że istnieje pogląd, iż cywilizacja starożytnego Rzymu stanowiła w istocie kontynuację cywilizacji etruskiej. Etruskowie pozostawili po sobie całe mnóstwo zabytków archeologicznych, zwłaszcza w postaci całkiem powszechnie występujących grobowców i ich wyposażenia. Zbiory etruskich artefaktów można dziś podziwiać w dedykowanych im muzeach, zwłaszcza w Volterze oraz Cortonie.

Przechodzimy przez bramę w etruskich murach Cortony i kierujemy się na główny plac z ratuszem o imponujących wręcz schodach, którymi nie omieszkałam się oczywiście przespacerować, tym bardziej, że nikt nie chce na nich przesiadywać w pełnym słońcu, więc są całe moje. Pewien mężczyzna usuwa turystów z drogi i przez rynek przejeżdża rajd starych samochodów. Wypolerowane czerwone kabriolety, old timery z niskim zawieszeniem i inne motoryzacyjne klasyki, a w nich uśmiechnięte pary w okularach przeciwsłonecznych i z wiatrem we włosach, pozdrawiające gapiów niczym członkowie rodziny królewskiej. Trudno o bardziej stylowy sposób podróżowania przez kamienne miasteczka i cyprysowe drogi Toskanii niż śmiganie w retro wehikule z szarmanckim mężczyzną / szykowną kobietą na siedzeniu obok.

Zwiedzanie dobrze jest rozpocząć od kawki, więc siadamy na frappe w jednej z kafejek u wylotu Via Nazionale. Przy stoliku obok para Włochów robi sobie przegląd porannej prasy. Towarzyszy im pies, który jest chyba lokalnym celebrytą, bo co rusz ktoś przystaje i wita się z nim w sposób, który z pewnością przeraziłoby specjalistów od chorób odzwierzęcych. Już w poprzednim wpisie odniosłam się do książki „Pod słońcem Toskanii” Frances Mayes i powstałego na jej podstawie filmu. Kto wpisu nie czytał, może to nadrobić tutaj. Otóż akcja obu tych utworów dzieje się w Cortonie, gdyż to właśnie na obrzeżach tego miasta Frances kupiła swój wymarzony toskański dom. Nie jestem pewna, czy autorka nadal tam mieszka, ale zainteresowani nie mają wiele trudności z odnalezieniem rzeczonej posiadłości (do czego oczywiście nie namawiam, bo poszanowanie miru domowego zawsze powinno wygrać z turystyczną ciekawością).

Nie wiem, co było pierwsze: czy to sukces książki Frances spopularyzował Toskanię wśród jej rodaków, czy może Toskania już wcześniej była wśród nich popularna, a Frances po prostu napłynęła tu wraz z innymi amerykańskimi turystami. Faktem jest jednak, że obywateli Stanów Zjednoczonych jest w krainie Etrusków bardzo dużo. Na moje oko (i ucho, bo rozpoznawałam ich głównie po akcencie) stanowią wręcz główną grupę narodowościową wśród turystów. W Cortonie ich gęstość występowania była wyjątkowo duża. Obserwuję ich, popijając mrożoną kawkę, przechadzających się ulicą, wychodzących z butików z naręczami pakunków, plotkujących w kawiarnianych ogródkach przy karafce wina albo czytających ogłoszenia w witrynach agencji nieruchomości. Ubrani w stylu preppy, z obowiązkowymi Birkenstockami na nogach i – w przypadku kobiet – w słomkowych kapeluszach, przywiązanych wstążkami. Wyglądają jak żywcem przeniesieni z Hamptons, gdzie pewnie część z nich spędza wakacje, gdy akurat nie przebywa w – jeszcze bardziej szpanerskiej z amerykańskiego punktu widzenia – Toskanii.

Co do Cortony – bardzo bym nie chciała, by ten wpis przerodził się w coś w stylu turystycznego przewodnika. I tak nie jestem w stanie poprawić profesjonalnych wydawnictw, z których dowiecie się dokładnie, kiedy zbudowano katedrę i gdzie znaleźć malarstwo Luci Signorelliego. Najlepiej zresztą pozwolić sobie zagubić się w mieście, pokrążyć stromymi uliczkami, pozaglądać w bramy pałaców – bez konkretnego celu. Coraz częściej preferuję taki właśnie rodzaj zwiedzania, bo po jakimś czasie większość zabytków się ze sobą zlewa, ale duch miasta zapada w pamięć na zawsze. W ten sposób można na przykład trafić na ukryty zakonny dziedziniec z białymi oleandrami albo otoczony krużgankami wirydarz klasztoru Stant’Agostino. Warto też wypatrywać prześwitów w historycznej zabudowie, bo zazwyczaj prowadzą one na tarasy widokowe, z których roztacza się rozległa panorama doliny Val di Chiana. A jeśli trafimy na nie we właściwym miejscu, będziemy mieć szansę wypatrzyć błękitny skrawek Jeziora Trazymeńskiego.

Nawet nie wiedząc jak, znaleźliśmy się znowu na Piazza della Republica i Via Nazionale. Zamawiamy pizzę w barze prowadzonym przez dwóch starszych panów. Jeden z nich jest milczący, drugi co chwilę podchodzi do nas z pytaniem, czy nam smakuje, a kiedy potwierdzamy, za każdym razem deklamuje: „Grazie! Grazie! Grazie!” – tonem, którym mógłby zachęcać do obejrzenia przedstawienia w cyrku. Fajna ta Cortona. Ciekawe, jak odbierają ją Amerykanie. Czy jest dla nich spełnieniem marzeń o wakacjach na Starym Kontynencie? Czy też może zastanawiają się, jak można było zaprojektować miasto, w którym nie da się zaparkować samochodu? Nie chcę ulegać stereotypom, więc obstawiam, że to pierwsze. Chociaż… kto nigdy nie narzekał na włoskie parkingi, niech pierwszy rzuci kamieniem ;)

Cortona

Cortona

Cortona

Cortona

Cortona

Cortona

Cortona

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.