Byłam na meczu Lecha

Bardzo możliwe, że zostanę zapaloną kibicką Lecha Poznań. Dotychczas miałam do Kolejorza stosunek dość ambiwalentny. Oglądanie meczy mnie nudziło, nie znałam układu tabeli, piłka klubowa nie wywoływała we mnie żadnych emocji. Z piłkarzy Lecha znałam tylko Amarala, bo mój tata powiedział, że jest przystojny, więc go wygooglowałam. Co zatem się zmieniło? Poszłam na mecz Lecha Poznań ze Śląskiem Wrocław.

Poszłam, bo w sumie dlaczego nie? „Dlaczego nie” jest zresztą doskonałą siłą napędową wielu działań. Nie spodziewałam się jednak, że tak bardzo mi się spodoba. I to pomimo tego, że Lech… przegrał 1:3. A podobało mi się tak bardzo chyba dlatego, że było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Pierwszy raz oglądałam mecz na stadionie i muszę przyznać, że na żywo wszystko odczuwa się mocniej. Wrażenia są zupełnie inne niż przed telewizorem.

Szczególnie zaimponował mi Kocioł, czyli trybuna najbardziej zaangażowanych kibiców. Szczerze mówiąc, ich zachowanie było znacznie ciekawsze niż sama gra. Bez wyjątku ubrani w klubowe barwy, śpiewający piosenki w rytm bębna, byli jak jednolity organizm i mieli w sobie coś pierwotnego. Abstrahując od słuszności odpalania rac i wulgarnych okrzyków pod adresem przeciwnika, nie można im odmówić zadziwiająco dobrej organizacji. Zawsze wydawało mi się, że mentalnie jestem na przeciwległym biegunie od typowego kibica, ale trochę im zazdrościłam tego poczucia jedności.

Następnym razem idę do Kotła? Może. W pierwszej kolejności muszę zatroszczyć się o koszulkę i szalik Lecha, bo wstyd chodzić na mecze w przypadkowych ubraniach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.