• Przechadzka po murach Saint-Malo

    Największą zaletą wyjazdów organizowanych samodzielnie jest dla mnie to, że nie mam ściśle sprecyzowanego planu podróży, określającego z dokładnością do kilku minut, co i gdzie będę robić. Nawet jeśli sama sobie taki orientacyjny plan opracuję, to wcale nie muszę się go trzymać. Mogę modyfikować go stosownie do moich potrzeb i upodobań. Nierzadko moje założenia upadają w konfrontacji z rzeczywistością, również dlatego, że w jakimś miejscu czuję się po prostu zbyt dobrze, by tak po prostu się z nim rozstać i ruszyć w dalszą drogę, do kolejnego punktu wycieczki. Tak było z portowym miasteczkiem Cancale, w którym zabawiłam dłużej, niż pierwotnie zamierzałam, jedząc po raz pierwszy w życiu ostrygi, gawędząc z przypadkowo poznanymi Francuzami i robiąc setki zdjęć tamtejszym hodowlom ostryg. Absolutnie nie żałuję, że Cancale tak bardzo mnie zafascynowało. Muszę jednak przyznać, że moja wizyta w Saint-Malo, którą zaplanowałam na ten sam dzień, padła ofiarą tej fascynacji. Nie mogłam poświęcić na zwiedzanie tego miasta tyle czasu, na ile z pewnością zasługuje. Odbyłam za to długą i bardzo satysfakcjonującą przechadzkę po murach miejskich. Z ich wysokości najlepiej widać samo historyczne centrum Saint-Malo, zatokę, a także położony na jej przeciwległym brzegu kurort Dinard.

    Read More
  • Cancale – królestwo ostryg

    Jeśli chodzi o jedzenie, to uwielbiam próbować nowych rzeczy. Niektórych z nich zostaję potem amatorką, a niektóre… cóż, przynajmniej wiem, jak smakują. Będąc w Bretanii, bardzo chciałam zobaczyć Cancale, które uważane jest za jedno z najsłynniejszych i najbardziej renomowanych miejsc hodowli ostryg na świecie. Byłaby to dla mnie świetna okazja, by zjeść moją pierwszą ostrygę w życiu, ale miałam poważne wątpliwości, czy powinnam to zrobić. Po pierwsze, z dokonanego przeze mnie researchu wynikało, że jedzenie ostryg może być groźne dla zdrowia! Lista dolegliwości, które potencjalnie mi groziły, zaczynała się od zatrucia pokarmowego, a kończyła na posocznicy… Nie byłam też pewna, czy starczy mi odwagi, by połknąć bez gryzienia wciąż jeszcze żywą ostrygę, bo taki jest właśnie najbardziej klasyczny sposób spożywania tego przysmaku. Im więcej o tym czytałam i im więcej się nad tym zastanawiałam, tym moje obawy były większe. W wieczór poprzedzający wycieczkę do Cancale zarzekałam się już, że za nic na świecie nie zjem ostryg. Ale gdy już tam dotarłam, udzieliła mi się chyba atmosfera tego miejsca, a także odezwała się ta strona mojej osobowości, która sprawia, że lubię uchodzić za nieustraszoną i moje nastawienie zmieniło się na: „Co, ja nie zjem ostryg? Potrzymaj mi piwo.”

    Read More
  • Na klifach Bretanii – Cap Fréhel i Fort La Latte

    Wyobraź sobie dwa skaliste cyple, wychodzące we wzburzone wody kanału La Manche, połączone półksiężycem klifowego wybrzeża. Na jednym – średniowieczne zamczysko, na drugim – latarnia morska. Pomiędzy nimi – purpurowe połacie wrzosowisk. W dole – spienione fale, z impetem rozbijające się o skały. A teraz pomyśl, że takie miejsce istnieje naprawdę. To przylądek Fréhel (Cap Fréhel) i sąsiadujący z nim zamek Fort La Latte, które tworzą razem imponujący krajobrazowo fragment Szmaragdowego Wybrzeża (Côte d’Émeraude).

    Read More
  • Podróż po jesieni

    „Jakże się cieszę, że żyję w świecie, w którym są październiki” – stwierdziła Ania z Zielonego Wzgórza. Istotnie, to właśnie w tym miesiącu każda jesieniara przeżywa pełnię szczęścia… a przynajmniej takie wnioski płyną z przeglądania jej Instagrama. Ponieważ w ostatnich latach drzewa pozostają zielone przez niemal cały wrzesień, z kolei już w listopadzie spece od handlu i marketingu próbują nam sprzedać Boże Narodzenie, październik stał się w zasadzie synonimem jesieni. A ta w tym roku rozkręcała się wyjątkowo wolno… Aż zawiał silny, ciepły wiatr i w ciągu nocy krajobraz zmienił się diametralnie. Liście, które dotychczas ociągały się ze zmianą koloru i mocno trzymały się na gałęziach, nagle zaścieliły chodniki złotymi dywanami. Przez ostatnie tygodnie zawsze trzymałam aparat fotograficzny w pogotowiu i wykorzystywałam każdą okazję, żeby złapać jesienne kadry w szło obiektywu. Zadanie miałam ułatwione, bo jesienią ciepłe, otulające światło jest szczególnie przychylne fotografom. Dziś możecie zobaczyć efekty tego polowania na zdjęcia, a także poczytać o innych jesieniarskich przyjemnościach.

    Read More
  • Średniowieczne miasteczko Dinan

    Bardzo chciałabym mieć jedną pasję, której poświęcałabym cały swój wolny czas i z czasem stałabym się specjalistką w jakiejś dziedzinie. Tymczasem, zainteresowania przychodzą do mnie i odchodzą niczym przypływy i odpływy na kanale La Manche. Jednego dnia mogę poczuć powołanie do astronomii, by już następnego porzucić ją na rzecz badań nad rewolucją francuską. Obecnie trwa u mnie faza na wczesne średniowiecze, co objawia się eksplorowaniem Ostrowa Tumskiego i spędzaniem wieczorów na oglądaniu „Upadku królestwa” na Netflixie (bo „Wikingów” mam już odhaczonych). Bretońskie miasteczko Dinan nie jest może reliktem wczesnego średniowiecza, bo słynie z doskonale zachowanej zabudowy z wieku XIII i następnych, ale i tak cud, że średniowieczna tkanka miejska nie została tutaj pochłonięta przez bardziej nowoczesne budownictwo. Pod tym względem Dinan jest ewenementem na skalę światową.

    Read More
  • Na targu w Matignon

    Od pewnego czasu głównym celem moich podróży nie jest zwiedzanie, a poszukiwanie autentyczności, doświadczeń, które pozwolą mi poczuć się nie jak turystka, a jak członek lokalnej społeczności. Chyba najbardziej klasycznym doświadczeniem tego typu są zakupy na miejscowym targu. Jeśli pojedziecie do Bretanii, to gwarantuję Wam, że nie będziecie mieć problemów z namierzeniem przynajmniej jednego. Organizuje się je powszechnie – każde miasteczko ma swój, który odbywa się w określony dzień tygodnia. W niektórych miejscowościach znajduje się specjalnie wytyczony plac pod targowisko (który w pozostałe dni zazwyczaj pełni rolę parkingu, jak w Erquy), a w niektórych stragany ustawiane są bezpośrednio na ulicach. Dla wioski, w której mieszkałam podczas wakacji, najbliższym miastem jest Matignon. Tam targ rozstawia się właśnie na ulicach, krzyżujących się w centrum, które stanowi placyk pomiędzy ratuszem, piekarnią a rzeźnikiem.

    Read More
  • Popołudnie w Saint-Cast

    W podróżowaniu, jak w każdym aspekcie życia, należy zachować balans. Czasami wszystko, czego potrzebujemy, to przerwa od intensywnego zwiedzania i leniwe popołudnie nad morzem. Saint-Cast-le-Guildo (nazywane przez miejscowych po prostu: Saint-Cast) świetnie się do tego nadaje. To modelowy przykład typowego miasteczka na bretońskim wybrzeżu. Ma wszelkie wymagane elementy takiej miejscowości: plażę, marinę, wille z kamienia, crêperie i sklepy z odzieżą w marynarskie paski. Saint-Cast było już trochę opustoszałe w ostatnim dniu sierpnia, ale to tylko dodawało mu uroku. Starałam się, by moje zdjęcia oddawały tą atmosferę możliwie wiernie.

    Read More
  • Mont-Saint-Michel – wyspa cudów

    Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego spojrzenia na Mont-Saint-Michel. Podróżowałam przez Normandię w stronę Bretanii i wciąż byłam pod wrażeniem przejazdu przez most Pont de Normandie – cienką wstążkę szosy, przerzuconą łukiem na przerażającej wręcz wysokości przez ujście Sekwany. Powoli zapadał wieczór, a kilometry dzielące nas od celu podróży – małej bretońskiej wsi – zdawały się coraz szybciej znikać z ekranu nawigacji. Wtem zobaczyłam dobrze znany kształt Mont-Saint-Michel w oddali – wzgórze o zarysie piramidy z charakterystyczną iglicą na czubku, wyrastające z płaskiego jak tafla szkła dna zatoki na kanale La Manche. W ciepłym świetle zachodzącego słońca lśniło jak samorodek złota. Widok był niesamowity, tym bardziej, że zupełnie nie spodziewałam się zobaczyć Mont-Saint-Michel z okien samochodu. La Merveille – cud – tak Francuzi nazywają opactwo na Górze Św. Michała. W oczach ludzi z przeszłości ta niezwykła budowla na samotnej skale musiała faktycznie uchodzić za cud, ale i współczesnych wprawia w nie mniejszy zachwyt.

    Read More
  • Haga, Mauritshuis i moje wrażenia z Holandii

    Niedawno wróciłam z długo wyczekiwanej podróży zagranicznej – pierwszej od początku pandemii. W roku 2020 podróżowałam wyłącznie po Polsce, co również miało sporo zalet i uroku. Powoli jednak zaczynałam tęsknić za tym dreszczykiem emocji, jaki daje samodzielnie organizowany wyjazd do obcego kraju. Mając już w kieszeni paszport covidowy chciałam, by ta podróż była naprawdę wyjątkowa. Pandemia pokazała nam wszystkim dobitnie, że otwarte granice nie są dane raz na zawsze, więc nie warto odkładać marzeń na później. Wybrałam się do Bretanii – miejsca, w którym moje zamiłowanie do klifów, wrzosowisk, porcików i celtyckich klimatów mogło zostać w pełni zrealizowane. Ponieważ jednak podróżowałam lądem, a droga była daleka, naturalnym wyjściem było podzielenie trasy, a przy tym zobaczenie czegoś jeszcze. W taki oto sposób trafiłam do Holandii, której dotychczas jeszcze nigdy nie miałam okazji odwiedzić.

    Read More