Zła pogoda na wakacjach

… i trzy przypadki, gdy wyniknęło z niej coś dobrego

Są kraje, w których dobra pogoda na wakacjach jest w zasadzie gwarantowana. Prawdziwy podróżnik powinien sobie jednak zapewnić różnorodność i podróżować także do miejsc obarczonych ryzykiem poważnego wymarznięcia. Czasami takie ryzyko się opłaci, a czasami nie, ale nawet gdy jest zimno i pada, to trudno marnować dzień na siedzenie w hotelu. Trzeba zacisnąć zęby, ubrać się jak Amundsen (zakładając oczywiście, że wpadło się na to, by zabrać ze sobą ciepłe rzeczy) i wyjść na zwiedzanie lub wędrówkę. Bywa, że taka determinacja zostaje wynagrodzona. Dzisiaj opowiem Wam o trzech takich przypadkach. 

2012, Niemcy, jezioro Chiemsee

Był to czas mojego pobytu na Erasmusie w Niemczech. Razem z dwiema koleżankami: Noorą z Finlandii i Sukan z Tajlandii postanowiłyśmy zrobić sobie wycieczkę nad słynne bawarskie jezioro Chiemsee. Znajdują się na nim dwie wyspy: Herreninsel i Fraueninsel, które swoje nazwy – „wyspa męska” i „wyspa żeńska” – zawdzięczają usytuowanym na nich klasztorom: męskiemu i żeńskiemu. Na Herreninsel znajduje się dodatkowo pałac, wybudowany z inspiracji bawarskiego króla, Ludwika II. Ludwik słynął z osobliwego gustu, któremu dawał upust budując niezliczone ilości nieruchomości. Nie kto inny jak właśnie on polecił stworzyć najbardziej rozpoznawalny zabytek Niemiec – zamek Neuschwanstein.

Pomysł tej wycieczki był oczywiście mój, ja też zajęłam się zaplanowaniem całej logistyki z dokładnym rozpisaniem połączeń komunikacyjnych włącznie. Miałyśmy w planie odwiedzić obie wyspy, więc musiałyśmy uwzględnić także harmonogram rejsów po jeziorze. Mój skrupulatny plan nie przewidywał jednego: fatalnej pogody. Lało, kiedy wychodziłam z akademika. Lało przez całą drogę do Monachium, a stamtąd do Prien. Lało, kiedy okrętowałyśmy się na statek. Lało, gdy zwiedzałyśmy Herreninsel. I kiedy przeprawiałyśmy się na Fraueninsel.

Na brzegu wyspy żeńskiej wylądowałyśmy już porządnie przemoczone, ale w zaskakująco dobrych nastrojach. Wobec naszego fatalnego położenia postanowiłyśmy iść coś zjeść do przyklasztornej restauracji. Jak się okazało, jedzonko jest dobre na wszystko, także na okropną pogodę. Kiedy my wcinałyśmy nasze dania, nagle przestało padać, a niebo rozwidniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Deszczowy front atmosferyczny został dosłownie rozerwany, co dobrze było widać po układzie chmur rozpościerających się nad jeziorem. Zwiedzanie Fraueninsel mogłyśmy kontynuować juz bez parasolek nad głowami.

Chiemsee

Herreninsel

Chiemsee

Chiemsee

2014, Niemcy, wyspa Amrum

W żadnym roku tak bardzo nie wymarzłam jak w 2014. Dogrzałam się w zasadzie dopiero w następnym roku w Italii. W maju trafiliśmy na fatalną pogodę w Saksonii i musieliśmy chronić się przed zimnem w muzeach Drezna i Miśni. W sierpniu z kolei wybraliśmy się nad Morze Północne, gdzie było niewiarygodnie zimno jak na tą porę roku. Oczywiście pakując ubrania nie przewidziałam takiego arktycznego chłodu i w efekcie musiałam zakładać na siebie warstwowo wszystkie rzeczy jakie miałam: podkoszulkę, na to T-shirt, na to sweter, na to bluzę z kapturem i jeszcze kurtkę przeciwwiatrową na wierzch, a i tak przez cały czas trzęsłam się z zimna.

Problemem nad Morzem Północnym był wiatr. Wiatr, który gnał po niebie chmury z szybkością bolida formuły 1. W rezultacie w ciągu kilku minut pogoda potrafiła przejść z ulewnego deszczu z gradem w pełne słońce. Mieszkaliśmy w Dagebüll, które już raz pojawiło się na moim blogu tutaj. Stamtąd wyruszyliśmy promem na wyspę Amrum. Naszym celem była malownicza latarnia morska, jedna z najwyższych nad Morzem Północnym. Można do niej dojść drogą prowadzącą środkiem wyspy, ale my uznaliśmy, że ciekawiej będzie iść plażą.

Szliśmy więc naprzód w żółwim tempie, grzęznąc w białym piasku, pod wiatr, który pchał nas wstecz i zawiewał nam deszczem prosto w twarz. Nasz marsz wydawał się nie mieć końca, a mała wysepka jakby rozrosła się do rozmiarów Grenlandii. Wreszcie plaża przeszła w porośnięte trawą wydmy, a wydmy we wrzosowisko. W końcu znad jednego z pagórków mignął nam czubek latarni. W miarę jak zbliżaliśmy się do biało-czerwonej budowli, zaczęło się wypogadzać. Od strony stałego lądu odsłoniło się błękitne niebo. Okazało się, że latarnia stoi w samym środku kwitnącego wrzosowiska. Sceneria była przepiękna, a ja wreszcie miałam dobre warunki do zrobienia zdjęć.

Amrum

Amrum

Amrum

Amrum

2016, Austria, Dachstein-Krippenstein

Hallstatt – austriackie miasteczko wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – można też oglądać z poziomu ponad 2000 m n.p.m., z „pięciopalczastej” platformy widokowej 5fingers na Krippenstein, jednym ze szczytów masywu Dachstein. Oczywiście o ile dopisuje pogoda. My mieliśmy pecha. W dniu, na który przypadała nasza wycieczka na Dachstein, sprawdziły się najgorsze prognozy pogodowe. Było zimno, padało, a po niebie przetaczały się ciężkie, sine chmury.

Na szczyt Krippenstein można się dostać kolejką linową. Przyciśnięci do szyby wagonika płynęliśmy w górę przez gęste jak mleko chmury. Po dotarciu na szczyt czekał nas jeszcze krótki spacer ze stacji kolejki na platformę widokową. Idąc górskim grzbietem stopniowo zagłębialiśmy się w zalegającą na szczycie chmurę. Na wypadek, gdybyście jeszcze nie mieli okazji znajdować się w środku chmury, to musicie wiedzieć, że wrażenia są podobne do kroczenia we mgle, z tym, że mgła jest niewiarygodnie gęsta, nie widać nic na wyciągnięcie ręki. Dodatkowo w środku padał rzęsisty deszcz. Musieliśmy bardzo ostrożnie stawiać kroki, bo nie byliśmy pewni, czy przed nami nie ma przypadkiem jakiejś przepaści.

Kiedy dotarliśmy do platformy 5fingers, również czekało nas rozczarowanie. Pod nami znajdowała się gęsta chmura, która skutecznie przesłaniała widok na położone w dole jezioro i miasteczko. Nie tylko nie miałam szans na jakiekolwiek zdjęcia, nie miałam nawet szans wyjąć aparatu, który zamókłby mi w padającym deszczu. Do dziś nie wiem, jak to się stało, ale nagle, jakimś cudem chmura się rozpłynęła i odsłoniła panoramę okolicy. W powietrzu wciąż unosiły się strzępy chmur, ale Hallstatt w dole było dobrze widoczne.  No i najważniejsze, że przestało padać! Byłam niesamowicie szczęśliwa, że dotarłam na szczyt Krippenstein i udało mi się zobaczyć ten niesamowity widok! Resztę dnia spędziliśmy w Bad Ischl przy pięknej, słonecznej pogodzie.

Krippenstein

Krippenstein

Krippenstein

Krippenstein

  • No cóż, gdy byłam na pięciu palcach w styczniu, to był jeden jedyny dzień pogody z całego austriackiego wyjazdu :D Natomiast w lipcu w Hallstatt i okolicach pogoda przez cały czas była paskudna. Lało, było zimno i w ogóle taki lipcowy koszmarek… W niczym nam to nie przeszkadzało, bo ekipa była w obu przypadkach tak świetna, że pogoda w żaden sposób nie popsuła nam wyjazdów :)

    • Grunt to dobre nastawienie do takiej pogody! Ale i tak miałaś szczęście, że właśnie na Dachsteinie pogoda Wam dopisała :)