Wspinam się do czoła lodowca Steingletscher

Pewnego pięknego szwajcarskiego popołudnia (w Szwajcarii zdarzały mi się tylko takie), odebrałam maila od mojego znajomego Polaka, nieocenionego organizatora fantastycznych wycieczek. Byliśmy już umówieni razem z jeszcze jedną osiadłą w Szwajcarii Polką na wycieczkę w góry, w okolice miasteczka Andermatt. Pisał właśnie w tej sprawie:

Szanowna Pani Hrabino,

czy umie Pani trochę się wspinać po górach i lodowcach?

Czy tez chce Pani zwiedzać tylko z okna samochodu?

Czyżby ostatnie zdanie było rzuceniem mi wyzwania? A może była to aluzja do mojej słabej kondycji fizycznej, która wyszła na jaw podczas poprzednich wycieczek (oczywiście w jego mniemaniu, ja – po miesiącach jednoczesnego pedałowania na orbitreku i oglądania seriali – nie mogłam swojej formie nic zarzucić)? Nie mogąc tego rozstrzygnąć, odpisałam co następuje:

Dzień dobry Panie XYZ,

wygooglowałam sobie program wycieczki i myślę, ze byłoby szkoda zwiedzać tak piękne miejsca tylko z okien samochodu. Co do moich umiejętności wspinaczkowych, to niestety nie umiem się wspinać po górach, a tym bardziej po lodowcach. W zasięgu moich możliwości jest jedynie normalny górski trekking, ale bez wspinaczki lub przechodzenia nad przepaściami. Jeżeli udałoby się znaleźć takie niezbyt wymagające i całkowicie bezpieczne trasy, to jestem jak najbardziej za! Pewnie dużo będzie też zależeć od pogody.

Serdecznie pozdrawiam!

Hrabina

Kilka dni później, usiłując nie skręcić sobie nogi na rumowisku skalnym i kurczowo trzymając się ściany podczas przechodzenia nad przepaścią, zastanawiałam się, jak u licha mogłabym wyrazić się jaśniej. Ale po kolei.

Andermatt

Andermatt

Sustenpass

Zaczęło się – jak to zwykle bywa – niewinnie. Pojechaliśmy samochodem na przełęcz Sustenpass. Pusta droga wiła się zawijasami pomiędzy górami, a zachwycające widoki szwajcarskich Alp zapierały dech w piersiach. W szczególnie pięknych widokowo miejscach robiliśmy przystanki na zdjęcia, byłam więc w siódmym niebie. Na przełęczy strzeliłam sobie to fantastyczne selfie, dokumentujące, że oto ja, skromna dziewczyna z Polski, tu byłam.

Ciekawe, czy wyglądałabym na równie zadowoloną, gdybym wiedziała, co zaraz mnie czeka. Ja jednak nie podejrzewałam nic a nic. W swojej naiwności święcie wierzyłam, że skoro wyraźnie (na piśmie) oświadczyłam, że nie dam rady wspiąć się na lodowiec, to nie będziemy się na żaden lodowiec wspinać. I jak ta owca, prowadzona na rzeź, dałam się wyprowadzić na górski szlak. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że moja czujność została uśpiona niesamowitymi widokami, w których natura objawiła pełnię swojej potęgi. Szłam więc zrazu płaską i szeroką drogą przez górską dolinę, ciesząc się każdym krokiem i każdym zrobionym zdjęciem.

Steingletscher

Steingletscher

Steingletscher

Steingletscher

Oczywiście moi towarzysze wycieczki zostawili mnie daleko w tyle. Czy ktoś może pomóc mi w zrozumieniu, dlaczego ludzie wciąż się spieszą, nawet jak mają dzień wolny i nie muszą zdążyć nigdzie na czas? Nie było szans, żebym ich dogoniła, a i oni nie wydawali się specjalnie zainteresowani tym, czy w ogóle wlokę się jeszcze gdzieś z tyłu. Skoro tak, to ja też postanowiłam sobie nie przejmować się nimi i wędrować we własnym tempie. Dolina była rozległa i zapewniała dobrą widoczność, dzięki temu mogłam utrzymywać dwa malejące ludzkie punkciki w zasięgu wzroku. Zresztą byłam pewna, że moi towarzysze zaraz zawrócą, bo wygodna droga miała wkrótce urwać się pod kamienistym zwaliskiem. A przecież nie będziemy się TAM pchać, nie?

Oczywiście pchaliśmy się właśnie TAM, czyli na rumowisko skalne, co w moim przypadku oznaczało między innymi zsuwanie się pupą po głazach, które sięgały mi powyżej pasa. Musiałam wyglądać dość pokracznie i miałam tylko nadzieję, że nikt z uczestników dwóch wycieczek szkolnych, depczących mi po piętach, nie zwraca na mnie uwagi. Po jakimś czasie nabrałam nieco wprawy. Nie oznacza to, że nagle stałam się zwinna jak kozica górska, ale czułam się pewniej, balansując pomiędzy kamieniami. Poza tym, adrenalina zrobiła swoje i odczuwałam dziwną dychotomię wrażeń: z jednej strony okropnie się bałam i zastanawiałam, jak dałam się w to wszystko wmanewrować, z drugiej strony wymagający trekking w tak zjawiskowym otoczeniu był dla mnie czystą przyjemnością. Byłoby jeszcze lepiej, gdybym mogła odbywać go w swoim tempie, a nie w pogoni za dwoma malejącymi punkcikami, które stanowiły resztę mojej grupy.

Steingletscher

Steingletscher

Steingletscher

Steingletscher

Widoczne na zdjęciu rumowisko skalne jest częścią szlaku prowadzącego na lodowiec.

Dogoniłam moich towarzyszy, gdy tamci postanowili zrobić mały postój. Aby do nich dotrzeć, musiałam przejść wąską ścieżką prowadzącą nad przepaścią. Przesuwałam się wolno, niemal przyklejona do ściany górskiego zbocza, starając się za żadne skarby nie przenosić ciężaru ciała w stronę urwiska. Bałam się zrobić fałszywy krok, bałam się, że piaszczysta ścieżka osunie się pod moimi stopami. Wreszcie stanęłam na pewnym gruncie. Znajoma, widząc moje żałosne umiejętności wspinaczkowe, podzieliła się ze mną kijkiem trekkingowym. Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się, po co ludziom kijki trekkingowe, to informuję was, że one naprawdę działają – stanowią dodatkowe punkty podparcia i zwiększają stabilność.

Z miejsca, w którym się zatrzymaliśmy, doskonale widać było jęzor lodowca Steingletscher. Podobno w ostatnich latach znacząco się cofnął (globalne ocieplenie to nie mit!), ale i tak robił wrażenie swoim ogromem. Znajomy zaproponował, że moglibyśmy podejść jeszcze kawałek pod same czoło lodowca. Miałam wtedy okazję, żeby zrezygnować z dalszej wędrówki i poczekać na moich towarzyszy w bezpiecznym miejscu. Ale perspektywa zobaczenia lodowca z tak bliska zanadto mnie pociągała. Trasa nie była łatwa, trudno ją zresztą w ogóle nazwać „trasą”, bo jej pokonywanie polegało po prostu na mozolnej przeprawie przez rumowisko skalne. No ale wrażenia były niesamowite, a przy tym takie jakby „pierwotne” – pozbawieni udogodnień cywilizacji, polegając tylko na sile własnych mięśni i umiejętności zachowania równowagi, przemierzaliśmy krajobraz kształtowany ręką natury przez setki tysięcy lat.

Steingletscher

Wreszcie stanęliśmy u czoła lodowca, tak blisko, że widać było jego przekrój. Pokrywa lodowca była szara, pewnie od osadzających się na niej zanieczyszczeń i pyłów i wyglądała jak spływająca z góry maź. Ale pod nią był prawdziwy, najprawdziwszy lód. Zaglądanie do wnętrza lodowca było zdecydowanie jedną z najbardziej fascynujących rzeczy, jakie robiłam w życiu.

Było też jedną z rzeczy najbardziej szalonych. Jeśli chodzi o górską wędrówkę, zostałam rzucona od razu na głęboką wodę. Wróciłam poobcierana, poobijana, z kolekcją sińców w różnych częściach ciała. Wróciłam bardzo szczęśliwa. Wcześniej nie rozumiałam, co takiego ludzie widzą w chodzeniu po górach, ale teraz nawet ja dostrzegam, że jest to wyjątkowe doświadczenie. Bardzo chętnie wróciłabym w góry, nawet zaraz. Wybierając się na górską wędrówkę trzeba jednak zawsze mierzyć siły na zamiary, zadbać o odpowiednie obuwie i wyposażenie oraz upewnić się, że zdążymy wrócić przed zmrokiem. Pamiętajcie, że nie ma lepszego ubezpieczenia niż własny rozsądek!

Steingletscher

Steingletscher

Moje doświadczenia w górskich wędrówkach są bardzo skromne, ale dwa lata temu udało mi się przejść dość specyficzną trasę w austriackim wąwozie Bärenschützklamm. Był to trekking prawie tak szalony jak moja niespodziewana wspinaczka pod lodowiec Steingletscher. Jeśli chcecie o tym poczytać, kliknijcie tutaj.