To był całkiem zwyczajny wtorek…

Dzień zaczął się bardzo dobrze – od samego rana pięknie świeciło słońce, a termometr nie wskazywał, że dostanę hipotermii zaraz po wyjściu za drzwi. Czas w pracy też upłynął mi nadzwyczaj przyjemnie: udało mi się korzystnie zakończyć pewną sprawę i nawet zjadłam porządny obiad (od niedawna przyjeżdża do nas nowy catering z dobrym jedzonkiem). Kiedy skończyłam pracę na dziś, wyruszyłam na zajęcia. Moja droga wiedzie przez Stare Miasto, czyli obszar, gdzie czeka na człowieka mnóstwo pokus. Zwłaszcza na człowieka, który akurat jest na diecie.

A ja właśnie jestem na diecie. Tym razem NAPRAWDĘ jestem na diecie, a jej głównym założeniem jest to, że nie jem słodyczy. Po prostu słodycze dla mnie nie istnieją. Słodycze? A co to takiego? Tak się jednak jakoś złożyło, że musiałam przechodzić obok pijalni czekolady Wedla, znajdującej się bezpośrednio na Starym Rynku. Oczywiście miałam zamiar przejść obojętnie. Zupełnie nie zwracać uwagi, że to coś tam jest. Ale zauważyłam wystawione menu i postanowiłam się z nim zaznajomić. Chciałam po prostu już zawczasu wybrać sobie czekoladę, którą wypiję, kiedy już uda mi się schudnąć te X kilogramów.

Niestety im bardziej zagłębiałam się w menu, tym większej nabierałam ochoty na czekoladę. Spojrzałam przez okno. Wewnątrz panowała przyjemna krzątanina, ludzie siedzieli przy stolikach, co chwilę popijając z wysokich szklanic brązowy napój. Stałam tak chwilę i wpatrywałam się w przytulne wnętrze pijalni niczym dziewczynka z zapałkami, obserwująca przez okno rodziny zasiadające przy wigilijnym stole. Wejść czy nie wejść? Wejść czy nie wejść? Ostatecznie wszystkie argumenty na nie (utyję, niepotrzebnie wydam pieniądze, spóźnię się na zajęcia) ustąpiły wobec mojej nieprzezwyciężonej ochoty napicia się tej czekolady.

Po chwili już sadowiłam się na wygodnym fotelu, czekając na dostarczenie mi wybranej czekolady – mlecznej z marcepanem. Była bardzo słodka i miała wyraźny marcepanowy posmak. Dodatkowo w środku pływały kawałki migdałów. Konsystencję oceniłabym raczej jako gęstą, chociaż na szczęście nie przypominała budyńku, który podają niekiedy w kawiarniach pod nazwą gorącej czekolady. Podsumowując, czekoladzie z pijalni Wedla należy się najwyższa ocena. Chętnie wrócę tam, żeby spróbować innych wariantów smakowych.

Kiedy dotarłam na zajęcia (oczywiście spóźniona – za dobrze siedziało mi się przy czekoladzie), dowiedziałam się, że mamy skrócony wykład i czeka mnie półtoragodzinne okienko. Postanowiłam wyskoczyć w tym czasie na zakupy. Od dawna chodziło mi po głowie kupno płaszczyka na zimę. Przekopałam cały internet w poszukiwaniu tego jedynego i miałam już swoje typy. Uznałam jednak, że płaszcz to coś, co warto przymierzyć przed zakupem, dlatego nie chciałam zamawiać w ciemno online. Wydawało mi się, że najlepsze płaszcze znajdę w Mango, więc tam w pierwszej kolejności skierowałam swoje kroki. Niestety z każdym płaszczem, który przymierzałam, było coś nie tak. A to nie taki kolor, a to za szerokie ramiona, a to tyłek mi się nie mieścił (było jednak nie pić tej czekolady), a to w ogóle wyglądałam jak kupka nieszczęścia. Jestem niska, ale mam dość proporcjonalną sylwetkę i dotychczas nie miałam problemu z doborem odpowiedniego rozmiaru…

No i jest jeszcze kwestia przymierzalni. Przymierzalnia to w końcu miejsce, w którym podejmuje się decyzję o zakupie, tak? No to wytłumaczcie mi, dlaczego w lustrach umieszczonych w przymierzalni wygląda się tak okropnie? Oczywiście jest to wina lustra! Wystarczy, że przejrzę się w moim domowym zwierciadle (czy jakimkolwiek innym zwierciadle poza przymierzalniami), a wyglądam jak milion dolarów. Tymczasem w przymierzalniach tyłek wygląda jak zad brontozaura, talia zanika, za to ramiona rozrastają się do rozmiarów spotykanych u zawodowego sztangisty. I jeszcze to fatalne oświetlenie, które sprawia, że oczy wydają się podkrążone, a skóra szara i blada, przez co wyglądam jak pracownik prosektorium. Serio, w przymierzalni nabawiłam się większości kompleksów. Nie rozumiem, dlaczego ci wszyscy spece od marketingu, którzy wymyślają tysiące sposobów, by wcisnąć kobiecie jakiś ciuch, nie zadbają o coś tak prozaicznego jak korzystne oświetlenie i lekko wyszczuplające lustra w przymierzalniach.

Prawie straciłam już nadzieję, że znajdę przyzwoitej jakości okrycie, w którym będę wyglądać jak ludź. Jednak tuż przed powrotem na drugą część zajęć natrafiłam w Van Graafie na bardzo ładny jasnoszary płaszczyk z dużym udziałem wełny i w rozsądnej cenie (zaskakująco rozsądnej jak na ten sklep). W dodatku pasował jak ulał. Płaszczyk został więc przeze mnie nabyty. Mam nadzieję, że będzie się dobrze sprawował, bo zamierzam w nim chodzić przez kilka kolejnych sezonów.

W ten oto sposób wypełniłam kolejny punkt z mojej listy rzeczy, które poprawiają nastrój jesienią. A teraz idę wypełnić kolejny, czyli spalić na orbitreku czekoladę z marcepanem ;) Miałam dzisiaj bardzo udany dzień.

PS Nie zapomniałam, że prowadzę bloga o tematyce przede wszystkim podróżniczej i obiecuję w najbliższych dniach wstawić jakiś porządny podróżniczy post.

  • Mam dokładnie te same przemyślenia, jeśli chodzi o lustra w przymierzalniach. Zaczynam się zastanawiać, czy tym firmom w ogóle zależy na zysku. Jak widzę w lustrze ludzika Michelin z ziemistą cerą, to odchodzi mi ochota na wszelkie zakupy ;) A co do słodyczy, to ja ostatnio bez żadnych wyrzutów sumienia raczę się czekoladowym puddingiem chia. W razie czego służę wskazówkami :)

    • Bardzo chętnie poznam przepis na pudding chia! Może być świetny! 😊

      • Przepis na dwie porcje: podgrzewasz 300 ml mleka (krowiego lub roślinnego, na przykład ryżowego czy migdałowego) i mieszasz to mleko z kopiastą łyżeczką ciemnego kakao i łyżeczką ksylitolu (od biedy może być to łyżeczka cukru). Jak się wszystko ładnie pomiesza, to do mleka dodajesz 1/4 szklanki nasion chia. Mieszasz, po chwili mieszasz jeszcze raz. Jak po 15 minutach nie ma odpowiednio żelowej konsystencji, to można dodać więcej nasion. Nie czekam długo i nie wsadzam do lodówki. Na wierzch dodaję wiórki kokosowe i pół pokrojonego banana. Polecam! :)