Slow travel vs. syndrom top 10

Muszę się Wam przyznać do czegoś strasznego: byłam w Atenach i nie byłam na Akropolu. Co gorsza, wcale nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia ani nie dręczy mnie poczucie winy. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że podczas tych kilku dni, które spędziłam w stolicy Grecji, lepiej zagospodarowałam czas, wałęsając się ze znajomymi po zakamarkach poza głównym turystycznym szlakiem, przesiadując w lokalnych knajpkach i usiłując w jak największym stopniu wtopić się w tamtejsze życie i kulturę. Prawda jest jednak taka, że przed moim tegorocznym wyjazdem byłam w Atenach jako dziecko i wtedy dokładnie zwiedziłam Akropol. Gdybym jednak nie była tam wcześniej i mimo to nie dotarła teraz na szczyt ateńskiego wzgórza, to prawdopodobnie nigdy bym sobie tego nie wybaczyła, a teraz pewnie musiałabym przechodzić jakaś kosztowną terapię, żeby otrząsnąć się z przeżytej traumy. Skłoniło mnie to do zastanowienia się nad moim sposobem podróżowania.

DSC08094

Ale po kolei. Początkowo zwiedzanie szło nam całkiem nieźle. Wytyczyliśmy sobie szlak, który miał pozwolić nam zaliczyć wszystkie najważniejsze zabytki. Jak na porządnych turystów przystało, byliśmy na Placu Syntagma, zobaczyliśmy słynną zmianę warty przed Parlamentem, przeszliśmy przez Ogrody Narodowe, przyjrzeliśmy się z bliska Świątyni Zeusa Olimpijskiego i Łukowi Hadriana. Potem w planach był właśnie Akropol. No ale po drodze natrafiliśmy na urokliwą dzielnicę Plaka, pełną restauracyjek, kuszących tradycyjnym jadłem i dobrym winkiem. No więc, kiedy usiedliśmy w jednej z takich knajpek, konieczność dalszego marszu na Akropol nagle zeszła na dalszy plan. Niemniej jednak ruszyliśmy dalej i – tak jest – podjęliśmy heroiczną próbę podejścia pod wzgórze, widzieliśmy nawet ruiny starożytnych teatrów, ale potem jak na złość zaczęło padać. A jak zaczęło padać,  to „zabrakło woli w narodzie”, żeby pchać się w deszczu na górę. Zdecydowaliśmy, że znacznie lepszym pomysłem będzie powrót na Plakę i pójście do kolejnej knajpy na porządny grecki zakrapiany obiad. Ponieważ głównym celem naszego wyjazdu był udział w seminarium i na zwiedzanie mogliśmy poświęcić w zasadzie tylko jeden dzień, przez resztę pobytu podziwialiśmy już Akropol w myśl zasady, że jego majestat najlepiej widoczny jest z dołu.

DSC08095

Wyjazd do Aten uświadomił mi, że istnieją dwie główne doktryny turystyki: slow travel i syndrom top 10. Przedkładając posiadówę w restauracji nad wejście na Akropol wybrałam opcję slow travel. Idea slow travel jest w gruncie rzeczy podobna do modnej ostatnio idei slow food czy slow fashion i myślę, że instynktownie każdy wie, o co w niej chodzi. A chodzi o to, żeby nie gonić jak szaleni z listą zabytków do odhaczenia, ale by skupić się raczej na poznawaniu lokalnej kultury i kuchni, a przede wszystkim na wypoczynku i regeneracji sił przed powrotem z urlopu.

DSC08093

Drugi sposób podróżowania jest w założeniu przeciwieństwem slow travel i polega na obowiązkowym zaliczeniu wszystkich najważniejszych zabytków i atrakcji turystycznych w danym miejscu. Takie podróżnicze evergreeny często są określane w przewodnikach jako top 10, czyli dziesięć najważniejszych miejsc i obiektów, które koniecznie trzeba zobaczyć i odwiedzić, będąc w danym mieście czy kraju. Ten sposób podróżowania nazwałam więc syndromem top 10, chociaż równie dobrze mogłabym go nazwać syndromem Hrabiny Weltmeister, jako że zdecydowanie sama cierpię na tę przypadłość.

slow travel

Zwolennicy idei slow travel przekonują, że nie warto spędzać wakacji na zaliczaniu  znanych z przewodników atrakcji turystycznych, bo po pierwsze jest to niezwykle wyczerpujące zajęcie, a celem urlopu jest w końcu wypoczynek, a po drugie wszystko to i tak możemy zobaczyć w internecie i często zdarza się, że słynne zabytki których zdjęcia widzieliśmy wcześniej już milion razy, na żywo nie robią już na nas żadnego wrażenia. O ile z tym pierwszym założeniem w zasadzie mogę się zgodzić, o tyle temu drugiemu mówię nie, nie i jeszcze raz nie!

DSC08106

Odkąd wyrosłam z pływania w basenie na dmuchanym materacu, wolę spędzać wakacje w sposób który pozwala mi z każdej podróży wynieść nową wiedzę i doświadczenia. Nigdy nie wiem, czy jeszcze kiedyś przyjadę w to samo miejsce, więc chcę zobaczyć jak najwięcej. Oczywiście staram się zapewnić sobie także wypoczynek, ale kto powiedział, że wypoczynek nie może być aktywny? Aktywny nie znaczy jednak wyczerpujący. Najważniejsze jest, żeby podczas wakacji zapewnić sobie różnorodność – zamiast spędzać całe dnie leżąc plackiem na plaży lub przy hotelowym basenie, lepiej odbywać spacery czy wycieczki po okolicy; zamiast codziennie jadać w hotelowej stołówce, można każdego dnia jeść w innej restauracji. Oczywiście absolutne lenistwo też jest niekiedy potrzebne, ale gdyby ktoś kazał mi spędzić cały urlop w ten sposób, to przede wszystkim miałabym poczucie zmarnowanego czasu, a poza tym nuda zmęczyłaby mnie gorzej niż najbardziej wyczerpująca wycieczka objazdowa. W podróżowaniu po prostu trzeba znaleźć równowagę.

DSC08104

Nie oznacza to jednak, że potrafiłabym odpuścić atrakcje turystyczne z kategorii must-see. Jestem w stanie sterroryzować moich towarzyszy podróży, byleby dotrzeć do miejsc, które znalazły się w moim planie zwiedzania, a jeśli z jakichś powodów nie uda mi się zaliczyć wszystkich punktów programu, bywam autentycznie wkurzona. Nie chodzi mi jednak o to, by po prostu odhaczyć kolejne atrakcje, zrobić zdjęcie i pójść dalej, jak stereotypowy japoński turysta z lustrzanką. To, co sprawia, że pokonuję dodatkowe kilometry, żeby dotrzeć do kolejnego zabytku, czy kupuję bilet wstępu do kolejnego muzeum, to możliwość zobaczenia miejsc, budowli i dzieł sztuki, za którymi stoją wieki historii i osoby, które wpływały na jej bieg. Każda z takich atrakcji turystycznych jest dla mnie takim wehikułem czasu. Kiedy oglądam z bliska na przykład tron Karola Wielkiego albo rzeźbę, która wyszła spod dłuta Michała Anioła, to mam wrażenie, że sama przez moment staję się częścią ich historii. Żadne zdjęcie z Google Grafika nie jest w stanie zapewnić takich wrażeń.

DSC08117

Jest jeszcze coś: zauważyłam, że niektórym ludziom (i nie jest to wcale takie rzadkie zjawisko) podróżowanie strasznie spowszedniało, a nawet uważają, że są zbyt cool, żeby zachwycać się jakimś tam zabytkiem. Było mi autentycznie przykro, kiedy jeden ze spotkanych przez nas w Atenach Holendrów powiedział, że wszystkie ze starożytnych świątyń są takie same, a Akropol to taka kupa kamieni. Podobnie jeden z uczestników mojej wycieczki po Fuerteventurze: na wyspie są ogromne pomniki jej ostatnich królów, przy których turyści robią sobie zabawne zdjęcia – na słabo zaludnionym i zabudowanym terytorium Fuerte jest to jeden z głównych obiektów turystycznych i wyraz dumy sympatycznych mieszkańców wyspy z własnej historii – tymczasem ten pan podsumował go słowami: „z byle gówna zrobią atrakcję”. To przykre tym bardziej, że autor tych słów był w takim wieku, że powinien pamiętać czasy, w których większość Polaków mogła tylko pomarzyć o wyjazdach zagranicznych. Wiem, że podróże są teraz dostępne właściwie dla każdego, ale jeśli nie cieszy nas możliwość wejścia na Akropol czy zrobienia sobie zdjęcia z ostatnimi królami Fuerteventury, to co tak właściwie nas cieszy?

DSC08083

Po powrocie do domu i przejrzeniu albumów ze starymi zdjęciami z Grecji, doszłam do wniosku, że chociaż podczas tegorocznego pobytu nie weszłam na Akropol, udało mi się zwiedzić to, czego nie widziałam poprzednim razem. Wyjazd mogę więc zaliczyć do bardzo udanych również pod względem zaliczonych atrakcji turystycznych. Ponadto spędziłam cudowny czas z moimi towarzyszami podróży: Agnieszką, Żanetą i Krzysiem, zjadłam i wypiłam mnóstwo pysznych rzeczy i mam teraz o wiele więcej do powiedzenia o Grekach i ich kulturze niż dotychczas. W sumie więc mój wyjazd do Aten był idealnym połączeniem slow travel I syndromu top 10 i myślę, że właśnie taka powinna być każda podróż.

slow travel

Czy będąc pierwszy raz w Atenach bylibyście w stanie odpuścić sobie wejście na Akropol? A może nie zaznalibyście spokoju bez zaliczenia wszystkich najważniejszych zabytków w mieście? Jestem bardzo Ciekawa, według jakich reguł Wy podróżujecie i czekam na Wasze komentarze!

Zdjęcia zamieszczone w tym wpisie przedstawiają Świątynię Zeusa Olimpijskiego wraz z Akropolem, widzianym z jej terenu, Łuk Hadriana, Teatr Dionizosa i Ogrody Narodowe.

Zapisz

2 thoughts on “Slow travel vs. syndrom top 10

  • Reply Meallyn 24 stycznia 2018 at 3:43 pm

    Czasami zwiedzanie tych nie największych zabytków i miejsc pozwala lepiej poznać okolicę i miasto niż odhaczanie po kolei z listy najpopularniejszych punktów. Sama jestem fanką podróży, które dokładnie sami sobie skrupulatnie przygotujemy i zwiedzimy to, co nas najbardziej interesuje, a nie to, co polecają pierwsze wyniki wyszukiwarki :) A z równowagą w podróży zgadzam się w 100%!

    • Reply Hrabina Weltmeister 25 stycznia 2018 at 12:46 am

      Kiedy pisałam ten wpis, już o ho ho – ponad 1,5 roku temu byłam jeszcze maniakiem odhaczania tych najważniejszych atrakcji. Od tamtego czasu moje nastawienie zmieniło się diametralnie i teraz raczej poszukuję miejsc, które zaspokoją moje indywidualne potrzeby. Jak najbardziej przyznaję Ci rację, że podróże szyte na miarę i przygotowywane własnymi staraniami są najbardziej satysfakcjonującą formą zwiedzania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *