Slow life – co to naprawdę znaczy

Ostatnio przeczytałam u pewnej znanej polskiej blogerki, którą zresztą lubię i cenię, wpis o tym, że zdobywanie wiedzy może być niekiedy formą prokrastynacji. Maniakalnie czytamy blogi eksperckie, poradniki, słuchamy podcastów, zapisujemy się na kolejne kursy – wszystko po to, by przygotować się do działania, które potem nie następuje. Powinniśmy natomiast wziąć się do roboty i zdobywać potrzebną wiedzę w trakcie. Jest w tym sporo prawdy. Jednak, jak na ironię, autorka tego wpisu sama napisała kilka poradników i niedawno promowała stworzony przez siebie kurs online. Rozumiem, że jest różnica pomiędzy wiedzą przydatną, a tą będącą właśnie formą prokrastynacji. Trudno mi jednak oprzeć się wrażeniu, że patrząc na blog jako na firmę, na marketingową całość, występuje tu pewna sprzeczność. Z jednej strony jest komunikat: „kup moje produkty” (przy czym chcę zaznaczyć, że w takim komunikacie nie ma nic złego), a z drugiej: „bądź slow i nie kupuj wiedzy, która może okazać się zbędna”.

Poradnikoza w blogosferze

Fakt faktem, polską blogosferę trawi ostatnio poradnikoza. Polega ona głównie na publikowaniu wpisów, z których można się dowiedzieć, jak zrobić to czy tamto, jak stać się kimś lepszym, jak wnieść nową jakość do swojego życia. Powód jest jeden: taka treść lepiej się sprzedaje, czytaj: jest chętniej czytana. Lepiej też pozycjonuje się w Google. Dla wyjaśnienia: aby zwiększyć szanse, że internauci trafią na twojego bloga, tytuł wpisu i jego treść powinna zawierać frazę, którą ludzie wpisują w wyszukiwarkę. Za przykład niech posłuży mój poprzedni wpis Kurs powieściopisarski, czyli jak napisać powieść. We wpisie nie daję bezpośrednio odpowiedzi na pojawiające się w tytule pytanie: jak napisać powieść. Wyobraziłam sobie jednak, że ludzie, poszukujący informacji na ten temat, mogą wpisywać w Google właśnie frazy „jak napisać powieść” i „kurs powieściopisarski”.

Dla mnie, początkującej blogerki, zdobywanie odbiorców przez Google jest jedyną skuteczną metodą powiększania grona czytelników. Blogerzy, którzy mają już zbudowaną społeczność wokół bloga, nie muszą tak bardzo przejmować się tworzeniem wpisów, które będą dobrze pozycjonować się w wynikach wyszukiwania. Mimo to nawet oni nie mogą zignorować skuteczności poradnikowego marketingu. Efektem jest zalew rynku przez poradniki pisane przez znanych blogerów i celebrytów. Możemy się z nich dowiedzieć m.in.:

  • jak zadbać o sylwetkę
  • jak zdrowo się odżywiać
  • jak dbać o włosy
  • jak się malować
  • jak znaleźć własny styl
  • jak skopiować czyjś styl
  • jak zorganizować garderobę
  • jak kupować mniej
  • jak oszczędzać pieniądze
  • jak mieć więcej czasu dla siebie
  • jak być slow
  • jak być hygge
  • jak prowadzić własny biznes
  • jak prowadzić bloga

Pisanie poradników jest OK. Czytanie poradników też jest OK. Sama przeczytałam całkiem sporo książek polskich blogerów. Niektóre z nich okazały się bardzo przydatne (wszystkie poradniki o blogowaniu), inne traktowałam raczej jako niezobowiązującą lekturę. Musimy jednak pamiętać, że jak wszystkie produkty, poradniki mają się przede wszystkim sprzedać i są pisane również, a może przede wszystkim, marketingowo.

Idealny dzień z idealnego życia

Na pierwszy rzut oka treści się uzupełniają, ale nie można ich traktować jako zbioru złotych reguł, mających zapewnić nam idealne życie. Niekiedy wyobrażam sobie, jak musiałby wyglądać mój dzień, gdybym chciała się do nich wszystkich stosować. Musiałabym wstać kilka godzin wcześniej, żeby zrobić sobie pożywne śniadanie z owocami, przygotować lunchboxy do pracy, potem zrobić zakupy na targu (czynnym w godzinach mojej pracy, ale tylko tam są naturalne produkty), po powrocie z pracy ugotować zdrową kolację i zjeść ją przed 18.00 (pracę kończę o 17.00), pójść na trening, zrobić peeling twarzy i maseczkę na włosy, posprzątać mieszkanie, spotkać się z przyjaciółmi, rozwinąć swoją kreatywność (DIY!), wysłuchać podcastów o samorozwoju, napisać post na bloga (wcześniej uporządkować biurko!), wstawić zdjęcie na Instagram i na koniec zawinąć się w kocyk i czytać książkę w blasku świeczek (to takie slow i hygge!).

Jest dla mnie jasne, że gdybym chciała „zadbać o jakość swojego życia” w wyżej opisany sposób, musiałabym albo zrezygnować z pracy albo ze snu. A może zatem skupić się na jednej dziedzinie? Jasne, tylko co z tego, że będę miała wypielęgnowane włosy, skoro nie będę odżywiała się zdrowo, albo co z tego, że będę miała dobrej jakości ubrania, skoro moja figura będzie pozostawiała wiele do życzenia?

Presja slow life

Do tego dochodzą jeszcze dosłownie wszechobecne idee slow life i minimalizmu, które można w skrócie wytłumaczyć jako idee uwolnienia się od życia pod presją i od nadmiaru (rzeczy i aktywności). Wydaje się czasami, że pomiędzy minimalizmem i slow life można postawić znak równości, ale tak nie jest. Idea slow life została obecnie trochę wypaczona i powoli staje się swoją własną parodią. Trochę to upraszczam, ale mając ciągle w głowie post, o którym pisałam na samym początku, zdaje mi się, że otrzymujemy przekaz: „kup poradnik o tym jak nie kupować poradników”. Coś tu chyba jest nie tak.

Skoro slow life to idea życia wolnego od presji, to powinniśmy się uwolnić również od presji ograniczeń, narzucanych przez slow life i minimalizm – nakazów niekupowania, nietracenia czasu, niebrania udziału itp.

Blogi i poradniki slow life uczą nas żyć bez presji, a jednocześnie narzucają nam szereg nakazów i zakazów, do których musimy się stosować, jeśli chcemy żyć w stylu slow.

Kiedyś dominującym rodzajem presji było robienie kariery, uczenie się języków, zdobywanie coraz to nowych kwalifikacji zawodowych. Dzisiaj presja jest inna – objawia się przez przymus jedzenia śniadań z croissantami, skandynawskiego wystroju wnętrz czy samodzielnego organizowania podróży.

O co więc chodzi w slow life?

Slow life i minimalizm to modele życia, które marketingowo bardzo dobrze się sprzedają, pomimo że same wzywają do ograniczeń. Ich paradoks polega na tym, że generują potrzebę ograniczenia potrzeb. Taka jest obecnie moda. Ale to nadal jest moda. Niby wszystko ma być takie proste i naturalne, ale jednocześnie musi się dobrze prezentować na Instagramie. Kupowanie dobrych jakościowo, ale droższych ubrań, urządzenie mieszkania w bielach i szarościach, zakup roweru miejskiego, książki o hygge, czy nawet świeżych warzyw prosto ze wsi – to wszystko napędza gospodarkę. I bardzo dobrze, że to robi! Podążanie za modą jest naturalną potrzebą większości ludzi i nie ma w tym nic złego. Trzeba sobie tylko zdawać z tego sprawę, a nie być przekonanym, że robi się właśnie coś zupełnie innego.

Dla mnie kwintesencją slow life jest uniezależnienie się od zewnętrznej presji, jakakolwiek by ona nie była. Jeśli wcinasz chipsy, oglądając Projekt Lady, bo właśnie na to masz ochotę, albo wymyślasz sobie ciągle nowe hobby, bo właśnie na to masz ochotę, to jesteś dla mnie bardziej slow niż gdybyś grał w planszówki ze znajomymi albo rezygnował z zakupu kolejnych spodni do biegania, bo w jednym z poradników bycia slow napisano, że tak właśnie należy robić. Presja przyjmuje różne, nawet odwrotne od tych stereotypowych, formy. Nie oznacza to, że powinniśmy sobie odpuścić i się zapuścić albo popaść w jakiś maniakalny hedonizm i rozrzutność. Jednak uważam, że w wolnych chwilach, przeznaczonych na odpoczynek, powinniśmy robić to, na co NAPRAWDĘ mamy ochotę, a nie to, co dyktuje nam slow marketing. Chyba, że jesteśmy tego marketingu świadomi i świadomie podążamy za kreowaną przez niego modą.

  • Wiem oczywiście, jaki wpis miałaś na myśli i rzeczywiście, także u mnie wzbudził pewien dysonans. Myślę jednak, że wiem, co autorka miała na myśli. Wszystko będzie w porządku, jeśli (trzymając się tematyki blogerskiej, ale można to odnieść do wszystkiego) od rana, w czasie, kiedy jestem najbardziej produktywna, napiszę i opublikuję wpis, a później, w wolnym czasie, poczytam książkę na temat blogowania czy wpis z poradami, jak zwiększać zasięgi na instagramie. Gorzej jednak, kiedy zacznę od tej drugiej części, zagłębię się w treści tworzonych przez innych, wmawiając sobie, że przecież coś robię, bo przecież właśnie czytam o psychologii „szerowania” treści w mediach społecznościowych czy oglądam filmik, który pomoże mi być osobą bardziej produktywną. Koniec końców oczywiście na samym czytaniu czy oglądaniu się kończy, bo czas mija, trzeba iść spać albo zabrać się do pracy, albo w ogóle mój blogowy zapał na ten czas minął. Samo czytanie na temat produktywności i otaczanie się motywacyjnymi hasłami nic nie daje i lepiej chyba w ogóle dać sobie spokój, niż tworzyć iluzję, że się posuwa do przodu. Myślę, że zasada Asi, w której najpierw tworzymy, a potem konsumujemy treści innych, jest bardzo trafiona i pewnie nawet pisałabym coś na bloga, gdybym się jej trzymała ;) Instagramowe slow life to jeszcze inny temat. Wszystko takie prawdziwe i naturalne, tylko coś moje śniadania tak nie wyglądają. Chyba w ramach ograniczania otaczających mnie przedmiotów muszę kupić stół z deski, nową zastawę i rustykalne ściereczki, zadbać o sezonowe świeże kwiaty (piwonie są już chyba passe?) i wziąć urlop, żeby złapać dobre światło…

    • Ja się w zasadzie też zgadzam z Asią, o ile rzeczywiście chodzi nam o to,
      żeby być efektywnym. Ale z drugiej strony wydaje mi się, że przecież nie
      zawsze musimy efektywnym być. To znaczy, efektywność na pewno jest niezbędna w pracy, ale jeżeli chodzi o hobby albo wolny czas, to niech każdy robi to, na co mu przyjdzie ochota. Poza tym prokrastynacja nie zawsze jest zła – niektórzy mają po prostu taki tryb działania. Chyba każdy powinien wybrać to, co mu najbardziej odpowiada zamiast sugerować się treściami znajdowanymi na blogach, które często są ze sobą sprzeczne.
      PS Piwonie rzeczywiście są już passe, na topie są teraz chyba jaskry. A może to już też się zdezaktualizowało? ;)

      • Masz rację, jeśli coś sprawia nam przyjemność, to nie musi przynosić wymiernych rezultatów. Może być po prostu miłym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Ale prokrastynacja chyba rzadko kiedy bywa dobra. Sama jestem ogromną prokrastynatorką i widzę, że odkładanie czegoś na później sprawia, że ciągle wisi nad nami widmo tego, co powinniśmy byli albo chcieliśmy zrobić, trudno wtedy o odpoczynek i relaks. Zamiast poczucia, że mamy jakieś zadanie odhaczone z listy, mamy niezadowolenie i brak satysfakcji z siebie. Rzeczy, które nie są nam w tej chwili niezbędne, można tak odsuwać od siebie tygodniami, miesiącami czy latami. Oczywiście czymś innym jest powodowane jakimiś rozsądnymi powodami (chociażby potrzeba wolnego wieczoru i relaksu ;)) odłożenie zadania na inny termin, jeśli rzeczywiście się za nie wtedy weźmiemy.