Poczdam Express

Głęboką nocą trzy postacie przemieszczały się szybkim krokiem po pustych ulicach Frankfurtu nad Odrą. Powietrze było czyste i rześkie, a rój gwiazd rozświetlał niebo – widok, jakiego nie spotyka się w wielkim mieście. Przy moście na Odrze wędrowcy uzgodnili coś jeszcze między sobą, po czym jeden z nich się oddalił, a pozostała dwójka ruszyła naprzód, gotowa przekroczyć granicę na rzece. Poruszali się cicho i rozglądali ostrożnie na wszystkie strony – widocznie starali się przedostać na polską stronę niezauważeni przez nikogo.

Nocny spacer przez granicę

To nie jest fragment z powieści szpiegowskiej o czasach drugiej wojny światowej, ale opis wydarzeń, które miały miejsce nieco ponad tydzień temu, kiedy razem ze znajomymi wysiedliśmy na dworcu we Frankfurcie nad Odrą i pieszo przemierzaliśmy oba przygraniczne miasta, starając się dotrzeć do naszych miejsc noclegu. Ja i koleżanka miałyśmy nocować w akademikach po polskiej stronie, a kolega u znajomych po stronie niemieckiej. Ktoś sprzątnął nam sprzed nosa ostatnią taksówkę i zdecydowaliśmy, że pójdziemy pieszo.

Muszę przyznać, że czułam się nieswojo, spacerując nocą po pustym mieście. W uszach wciąż dźwięczała mi opowieść polskiego taksówkarza, który wiózł nas na dworzec we Frankfurcie wiele godzin wcześniej: „Oni tu sprowadzili uchodźców i osiedlili ich tam, zaraz przy Odrze. I wie pani, co się od tamtego czasu dzieje? Ludzie to się normalnie boją wychodzić wieczorem z domu. Ostatnio jedna kobieta zadzwoniła do mnie, żebym ją przewiózł na drugą stronę ulicy po papierosy. Rozumie pani? Bała się przejść na drugą stronę ulicy po papierosy! Oficjalnie nic się nie dzieje, bo wszystko tuszują. Ale ludzie wiedzą. Jest internet, wieści się rozchodzą. Merkel pozapraszała wszystkich i mamy, co mamy.”

Wtedy traktowałam opowieści taksówkarza, łagodnie mówiąc, z pobłażaniem. Ale przemykając ciemną nocą przez tereny, które – według taksówkarza – miały być właśnie rewirem grasujących uchodźców, mimowolnie brałam pod uwagę każdy scenariusz. Ulice sprawiały wrażenie pustych, żadnych uchodźczych band nie było widać, ale jaka była gwarancja, że nagle ktoś nie zajdzie nam drogi albo nie wpadniemy na grupę awanturników, czających się za jakimś rogiem?

Frankfurt – Berlin – Poczdam

Chyba tylko adrenalina sprawiała, że jeszcze trzymałam się na nogach. Miałam za sobą jazdę niemieckimi kolejami – z Frankfurtu nad Odrą przez Berlin do Poczdamu i z powrotem, przy czym w drodze powrotnej przesiadaliśmy się chyba trzy razy. W międzyczasie zaliczyliśmy kilkugodzinne zwiedzanie Poczdamu i uczestniczyliśmy w spotkaniu stowarzyszenia działającego na rzecz ściślejszej integracji w Europie. W ciągu jednego dnia byłam w tak wielu miejscach i uczestniczyłam w tak wielu wydarzeniach, że miałam wrażenie, że biorę udział w czymś na kształt Azja Express, tylko w wydaniu niemieckim.

Trochę już czasu upłynęło, odkąd ostatni raz byłam w Niemczech i byłam bardzo ciekawa, czy napływ imigrantów, w zauważalny sposób wpłynął na strukturę społeczną tego kraju. Chciałam przekonać się o tym na własne oczy, bo informacje w mediach są często naginane w jedną albo w drugą stronę. Oto wyniki moich jednodniowych, empirycznych badań.

To, co się na pewno zmieniło to nastawienie w naszych głowach. Jeszcze kilka lat temu obawę, że ktoś wpadnie do pociągu z maczetą, można by uznać za objaw paranoi, dziś strach przed zamachem jest jak najbardziej uzasadniony. Wielokulturowość najbardziej widoczna była, rzecz jasna, w Berlinie. Trzeba jednak mieć na uwadze, że stolica Niemiec ma status miasta multi-kulti już od wielu lat i ciężko ocenić, czy widoczni tam reprezentanci innych kultur to ludność napływowa z ostatniej fali imigracji, czy też osoby zamieszkałe w Europie już od dłuższego czasu. Przyglądając się ludziom w publicznych środkach transportu, nie miałam jednak wrażenia, by muzułmanów było więcej niż chociażby w okresie mojego pobytu w Bawarii na przełomie 2011 i 2012. W porównaniu z Berlinem, napływ uchodźców dużo bardziej widoczny był w Atenach, gdzie byłam w zeszłym roku. Z kolei w Poczdamie wielokulturowość społeczeństwa w ogóle nie rzucała się w oczy.

Zmiany w Europie

Jeśli chodzi o Frankfurt nad Odrą, to – wbrew opowieściom taksówkarza – nocą było spokojnie, a my dotarłyśmy bezpiecznie i bez przeszkód do akademików w Słubicach. Nie chcę, żeby to zabrzmiało, że skoro mnie nie spotkało nic złego, to wcale nie ma zagrożenia. Potraktujcie to raczej jako moją relację, a nie przesądzoną opinię na temat uchodźców i bezpieczeństwa a Europie. Z drugiej strony, myślę, że mam jednak nieco większe prawo, by wypowiadać się na ten temat niż osoby, które w życiu żadnego uchodźcy na oczy nie widziały, za to bardzo aktywnie perorują w internecie, jakim to uchodźcy są złem wcielonym, często z życzeniami śmierci włącznie.

Wśród imigrantów zdarzają się z pewnością osoby wrogo nastawione i ludność krajów przyjmujących ma prawo czuć się zagrożona i domagać się od władz ochrony. Większość napływających do Europy to jednak po prostu ludzie, którzy szukają tu bezpieczeństwa i lepszych warunków życia i trudno jest ich winić za to, że tak właśnie postępują, skoro mają taką możliwość. Żyjemy w czasach, w których podróżowanie jest tak łatwe, jak nigdy wcześniej, nic więc dziwnego, że ludzie migrują do miejsc, w których standard życia jest lepszy. Pewnie sytuacja na Bliskim Wschodzie przyspieszyła ten proces, ale nie była jego wyłączną przyczyną. Społeczeństwo europejskie staje się właśnie (coraz bardziej) wielokulturowe i jako obywatele Europy musimy po prostu dostosować się do tej sytuacji, zamiast uparcie ją negować.

Rezygnacja z udziału w międzynarodowym życiu, okopanie się we własnym kraju – zarówno na poziomie pojedynczego człowieka, jak i całego państwa – byłaby straszną perspektywą i oznaczałaby olbrzymi krok w tył w stosunku do wszystkiego, co osiągnęliśmy przez 28 lat „zmierzania na Zachód”. Ostatecznie, to właśnie w pokoju w słubickim akademiku, tuż przed trzecią w nocy, mając za sobą wyczerpujący dzień w podróży między dwoma krajami, miałam wrażenie, że jestem właśnie tam, gdzie powinnam być – w samym środku Europy i w samym środku przygody.

Na zdjęciach Dzielnica Holenderska w Poczdamie