Piraci z Karaibów: Klątwa dubbingu

Jeżeli miałabym napisać wypracowanie na temat „Którą z fikcyjnych postaci uważasz za wzór do naśladowania?”, pisałabym o Jacku Sparrowie. A właściwie kapitanie, kapitanie Jacku Sparrowie. Postać wykreowana przez Johny’ego Deppa jest dla mnie idealną mieszanką szaleństwa, fantazji i odwagi – wszystkich cech, które sama chciałabym posiadać. No może z mniejszym udziałem szaleństwa. Kiedyś, kiedy miewałam doła albo czegoś się bałam, oglądałam „Piratów z Karaibów” i marzyłam o zamorskich podróżach, przygodach i wolności. Próbowałam przekonać samą siebie, że nie zawsze muszę działać rozsądnie i zachowawczo, ale czasem warto podjąć ryzyko.

Na każdy kolejny film z serii czekałam z utęsknieniem, wyszukiwałam plotki i przecieki, które pojawiały się przed premierą, znałam biografie aktorów, po prostu tym żyłam. Podobnie zresztą było z filmami o Harrym Potterze i z trylogią „Władcy Pierścieni”. Tęsknię za tym moim nastoletnim entuzjazmem, bo dziś już żaden film czy książka nie wywołują u mnie takich emocji. Pewnie na starość robię się sentymentalna i nostalgiczna, ale trudno. Do „Piratów z Karaibów” mam szczególny sentyment, to właśnie ta opowieść stoi za moim marzeniem o podróży na Karaiby, o czym zresztą już raz pisałam na blogu tutaj.

Z powyższych względów bardzo sobie życzyłam, aby najnowszy film „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara” mnie nie zawiódł, choć wiele rzeczy wskazywało, że tak właśnie będzie. Przede wszystkim sam Johny Depp, który zbiesił się był ostatnimi czasy. Miałam spore obawy, czy będzie w stanie zagrać Jacka Sparrowa tak autentycznie jak w poprzednich częściach. Poza tym TEN tytuł. W oryginale „Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales”, przetłumaczono jako „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara”. Serio? Rozumiem, że niekiedy odchodzi się od dosłownego tłumaczenia, ale czy „Zemsta Salazara” to naprawdę najbardziej kreatywna rzecz, jaka przyszła do głowy ludziom odpowiedzialnym za wybór polskiego tytułu? Bałam się też, że piątka będzie powtórką z czwartej części, która sprawiała wrażenie robionej trochę na siłę.

No i rzecz najgorsza: większość seansów, których terminy mi pasowały, to były projekcje z dubbingiem i w 3D. Dubbing i 3D to dwie rzeczy, przez które jestem w stanie znienawidzić nawet najlepszy film. Jakimś cudem znalazłam jednak seans z napisami i w dwuwymiarze w dniu, w którym i tak miałam urlop ze względu na ostatnie zajęcia mojego kursu powieściopisarskiego. Co prawda bałam się trochę iść sama do kina, ale wybrałam miejsca na samej górze, żeby uniknąć sytuacji, w której ktoś siedzący za mną mógłby chcieć mnie udusić (tak to jest, gdy się ma hitchcockową wyobraźnię, niestety).

Na całe szczęście, film okazał się dla mnie pod każdym względem pozytywnym zaskoczeniem. Mało tego, uważam że był rewelacyjny! Tak naprawdę, nie mam się do czego przyczepić, zrobiłam natomiast listę najważniejszych rzeczy, które mi się podobały (UWAGA SPOILERY!):

1. Johnny Depp jako Kapitan Jack Sparrow

Depp po raz kolejny pokazał swoją aktorską klasę, co należy tym bardziej docenić, że w życiu prywatnym był bliski sięgnięcia dna. Jack Sparrow na początku filmu również znajduje się w dość żałosnym położeniu, właściwie to zrobił się z niego klasyczny menel i degenerat. Odnoszę wrażenie, że jest to aluzja do sytuacji samego Johnny’ego. Jeśli tak, to moje brawa za dystans do siebie! Kapitan Jack Sparrow udowodnił, że potrafi być uroczy, nawet jeśli chwilowo znajduje się w rynsztoku.

2. Kapitan Salazar

Uwielbiam czarne charaktery! A jeśli w roli czarnego charakteru występuje Javier Bardem, to jest to już zupełnie spełnienie moich marzeń. To aktor, który potrafi zagrać wszystko – od psychopatycznego mordercy po romantycznego artystę i w każdej roli jest autentyczny. Do tego w retrospekcyjnych scenach (kiedy nie był jeszcze poddanym komputerowej obróbce duchem) prezentował się bardzo szykownie. No i ten jego hiszpański akcent!

3. Scarfield

Kolejny czarny charakter. Moim zdaniem godny następca świętej pamięci komodora Norringtona, który zginął bohaterską śmiercią w trzeciej części serii. Trochę szkoda, że Scarfielda też uśmiercili, bo z chęcią zobaczyłabym go w ewentualnej kontynuacji „Piratów”. Tym bardziej, że gra go David Wenham, czyli – tadaaam! – Faramir z „Władcy Pierścieni” (chłopak Eowiny).

4. Kontynuacja historii

Piąta część „Piratów z Karaibów” jest kontynuacją opowieści przedstawionej w trzech pierwszych filmach cyklu. Na happy end historii Willa i Elizabeth (czyli Orlanda i Keiry) musieliśmy czekać aż dziesięć lat, ale się doczekaliśmy! I mam szczerą nadzieję, że ten status quo się utrzyma, niezależnie od tego, co pokazano w zwyczajowej ostatniej scenie po napisach. Nie jestem absolutną fanką happy endów, ale lubię, kiedy historie, do których się przywiązałam, dobrze się kończą. Nigdy nie płaczę na „pojedynczych” filmach, nawet na tych najbardziej wzruszających, ale zakończenia filmowych cykli i seriali sprawiają, że się rozklejam (na ostatnim odcinku „Pamiętników Wampirów” płakałam jak bóbr). Pod koniec „Piratów” też miałam łzy w oczach, ale tego dnia odniosłam sukces w robieniu sobie make-upu i to zmotywowało mnie, żeby jednak się opanować.

5. Nowi bohaterowie

Nowa para głównych bohaterów to Henry, syn Willa i Elizabeth, i Carina, zaginiona córka Barbossy. Gdybym była nastolatką, pewnie byłabym już zakochana w grającym Henry’ego Brentonie Thwaitesie (tak jak kiedyś w Orlando). W postaci Cariny podobało mi się natomiast to, jak zinterpretowała dziennik Galileusza, jedyną pamiątkę po nieznanym ojcu. Dziewczyna sądziła, że jej ojciec jest naukowcem i za wszelką cenę chciała iść w jego ślady. Tymczasem prawda była taka, że dziennik, a raczej wprawiony w okładkę rubin, miał stanowić dla niej materialne zabezpieczenie. Jak widać, ojcowie mają ogromny wpływ na życiowe wybory dzieci, nawet jeżeli nie są w ich życiu obecni.

6. Nawiązania do poprzednich części

Niektóre elementy nowego filmu stanowiły oczywiste nawiązania do sprawdzonych chwytów z poprzednich części. Powrócili niektórzy starzy bohaterowie, fabuła ma podobną konstrukcję (para młodych ludzi wplątuje się we wspólną przygodę z Jackiem), członka rodziny Jacka znów gra znany muzyk (ojca grał Keith Richards z the Rolling Stones; ciekawe, czy poznaliście, kto grał wujka?). Wyjaśniono też, jak Jack został kapitanem i skąd wzięły się jego atrybuty, jak choćby słynny kompas. Kto oglądał tylko piątą część, pewnie nie zrozumie tych aluzji, ale dla prawdziwych pirackich znawców stanowią one dodatkowy smaczek.

No dobra, żeby nie było aż tak słodko, czy ktoś mi może wyjaśnić, o co chodzi z tym dubbingowaniem filmów? Na szczęście byłam na seansie z napisami, ale szczerze trudno mi wytłumaczyć, jak można było zdubbingować „Piratów”? Jasne, dubbing w kreskówkach jest OK – wszyscy kochamy dubbing ze „Shreka” – ale tam nie grają prawdziwi aktorzy. A głos jest przecież integralną, ekstremalnie ważną częścią aktorskiej gry i nie rozumiem, jak można po prostu obedrzeć z niego aktora! Czy polski dubber jest w stanie powiedzieć „hombre” z takim samym cudownym hiszpańskim akcentem co Bardem grający kapitana Salazara? Nie wydaje mi się i nie mam ochoty tego sprawdzać. Jeśli dzieci nie nadążają za czytaniem napisów, to po pierwsze, niech się nauczą czytać, a po drugie, kompromisowym rozwiązaniem jest przecież lektor! Mamy w Polsce bardzo dobrych lektorów, którzy potrafią czytać aktorskie kwestie w sposób neutralny i bez zagłuszania aktorów.

Jestem ciekawa, jak wy odbieracie najnowszą część „Piratów z Karaibów” i jakie jest wasze zdanie w kwestii dubbingu. Koniecznie zostawcie komentarz!

  • A to mnie zaskoczyłaś z tym tłumaczeniem tytułu. Byłam pewna, że w oryginale to po prostu Salazar’s Revenge – ale według Wikipedii właśnie tej wersji używa się poza USA i Japonią (Polacy nie są więc odosobnieni). Swoją drogą, Salazar’s Revenge to według mnie dużo lepszy tytuł, jako że Dead Man Tell No Tales jest strasznie podobne do wszystkich poprzednich i można się trochę pogubić. Co do dubbingu, to poza animowanymi filmami dla dzieci jestem jego zdecydowaną przeciwniczką. Uważam, że puszczanie zdubbingowanych Piratów w polskich kinach to jakiś absurd. Poprzednie części były chyba z lektorem…?

    • Też mi się wydaje, że to pierwsza dubbingowana część. Niedługo będzie tak jak w Niemczech, gdzie chyba wszystkie filmy są dubbingowane i niestety efekty są przekomiczne.
      Może masz rację z tym tytułem – dzięki temu, że zawiera Salazara można go od razu przypisać do konkretnej części i lepiej pokojarzyć film.