Nowa Zelandia z Marcinem Dobasem

Największą korzyścią płynącą z bycia zawodowym pesymistą jest to, że nic cię nie rozczaruje, za to wiele rzeczy może cię pozytywnie zaskoczyć. Nie dalej jak wczoraj miałam okazję przekonać się o tym kolejny raz. Wczorajszy wieczór spędziłam na spotkaniu z Marcinem Dobasem, które zorganizował Poznański Klub Podróżnika. Tematem była Nowa Zelandia. Pierwszy raz brałam udział w wydarzeniu organizowanym przez Klub i sama się sobie dziwię, że nie dotarłam na ich spotkania dużo wcześniej. Najpierw jednak kilka słów o samym bohaterze wydarzenia.

Być może z tym nazwiskiem spotykacie się po raz pierwszy. Jednak każdy, kto choć trochę interesuje się fotografią przyrodniczą, krajobrazową i podróżniczą, bardzo dobrze wie, że Marcin Dobas to prawdziwa sława i szycha w tej branży. Dla tych natomiast, którzy na dobre wkręcili się w fotografowanie (a ja do tej grupy coraz bardziej się zaliczam), Marcin jest prawdziwym autorytetem. Na spotkaniu czułam się więc jak groupie na koncercie swojego idola. I nie ja jedna! Całe szczęście, że wykazałam się refleksem przy rezerwacji biletów, bo te zniknęły w mgnieniu oka, a sala poznańskiego kina Rialto prawie pękała w szwach. Więcej o Marcinie możecie przeczytać na jego stronie internetowej. Stamtąd dowiecie się też, że organizuje on warsztaty fotograficzne w formie wypraw podróżniczych. Jest na co odkładać pieniążki! Ja już zaczynam urabiać rodziców, żeby pozwolili mi pojechać fotografować niedźwiedzie w Finlandii.

Zobaczyć na żywo osobę znaną dotychczas tylko z mediów, oznacza też jednak zweryfikować swoje wyobrażenia o niej. Idąc na spotkanie trochę się bałam, że zbyt wiele spodziewam się po tej prelekcji i po samym prowadzącym. Nie zawiodłam się jednak ani trochę. Mało tego, było znacznie lepiej niż mogłabym przypuszczać. Nie wystarczy powiedzieć o Marcinie, że jest człowiekiem z pasją. On swoją pasję miał odwagę zrealizować, a do tego zdolni są naprawdę nieliczni. Przy tym jest bardzo normalny i serdeczny. W zasadzie jest wszystkim, czym sama chciałabym być (w wersji żeńskiej oczywiście). Mając przed oczami kadry z Nowej Zelandii i słuchając zabawnych opowieści o tamtym kraju, aż mnie skręcało gdzieś w środku! Miałam ochotę po prostu zerwać się z kinowego fotela i wyruszyć w nieznane.

Udało mi się też zdobyć książkę Marcina „FOTOWYPRAWY czyli dziewięć opowieści o fotografii”, wydaną we współpracy z National Geographic. Właściwie „udało się” to nie jest dobre słowo, bo to, że mam tą książkę zawdzięczam tylko i wyłącznie mojemu koledze Bartkowi, który był ze mną na spotkaniu. Okazało się bowiem, że popyt na książki przewyższa podaż i oczywiście dla ich mnie zabrakło. Bartek zauważył jednak, że ktoś rezygnuje z zakupu i odkłada książkę do pudełka, po czym błyskawicznie ją dla mnie przechwycił. Dzięki Bartek! W ten oto sposób stałam się posiadaczką nie tylko samej książki, ale i dedykacji z autografem, którą możecie zobaczyć na zdjęciu tytułowym. P.S. To zdjęcie jest pierwszym RAW-em w mojej historii fotografowania i chociaż jego obróbka pozostawia wiele do życzenia, to uważam je za dobry początek.

Spotkanie z człowiekiem z krwi i kości, który znalazł sposób, by docierać w najdalsze zakątki globu skłania do refleksji, czy aby nie za często mówimy sobie: nie mogę, nie mam z kim, nie mam środków, nie dostanę urlopu. Czasami wystarczy impuls, by przekonać się, że nie ma rzeczy niemożliwych, a my jesteśmy zdolni do czynów, których się po sobie zupełnie nie spodziewaliśmy. Warto otaczać się inspirującymi ludźmi i słuchać inspirujących opowieści, bo może któraś z nich okaże się dla nas właśnie takim impulsem.

  • The Blond Travels

    Ah, znam to podekscytowanie! Sama tak się czuję za każdym razem jak spotykam kogoś znanego z internetu. Zazdroszczę!

    • Hrabina Weltmeister

      To prawda! Takie spotkania są bardzo inspirujące :)