Norwegia – pamiętnik z wakacji (część 2)

20.08.2019

Oto nadszedł dzień, na który czekałam chyba najbardziej podczas tych wakacji: rejs po wodach norweskiej riwiery. Ale najpierw śniadanie, a na nim, można by rzec, lokalne osobliwości. W tym salami z renifera i łosia, pudding rybny (!), przecier z dzikiej róży i słodki ser, który smakuje jak połączenie sera i toffi (i tak zresztą wygląda). Na stole wylądowały też złowione wczoraj makrele – w postaci pasty rybnej i w całości.

norweskie śniadanie

Na naszą motorówkę okrętujemy się w pobliskiej marinie. Kapitanem jest Wiktor. Lubię chodzić po górach, ale to pływanie po morzu sprawia mi najwięcej przyjemności. Mkniemy po norweskich zatoczkach i cieśninach, zostawiając za sobą biały ślad.

Rejs obfituje w atrakcje. W pierwszej kolejności docieramy na Kalvoyę – bezludną wyspę, której jedynymi mieszkańcami jest stadko owiec. O ich obecności świadczą leżące wszędzie owcze bobki. Kalvoya jest skalista, surowa, pokryta porostami i rachityczną, odporną na trudne warunki atmosferyczne roślinnością. W połączeniu z ciemną, groźną chmurą, która właśnie zasnuła niebo, krajobaraz jest niepokojący i mroczny. To są właśnie moje klimaty.

Kolejna wyspa to środowisko znacznie bardziej przyjazne dla człowieka. Sandoya. Na stałe mieszka tu około stu osób. Pogoda nam dopisuje, więc spacer po wyspie to czysta przyjemność. Ludzie żyją tu z dala od zgiełku, w całkowitej symbiozie z przyrodą, spokojnie, bez stresu i problemów. Odwiedzamy również lokalny sklep, do którego schodzi się wyspiarska społeczność po podstawowe zaopatrzenie. W sztormiakach i kaloszach, na rowerach. Szczęśliwi ludzie.

Lunch jemy w bardzo ekskluzywnej okolicy. Piknikujemy przy stolikach nieczynnej tawerny w Lyngor. Lyngor zostało uznane przez UNESCO za najlepiej zachowaną wioskę rybacką w Europie. Również dlatego, że przetrwała tutaj oryginalna wyspiarska społeczność. Miejsce stało się bardzo modne wśród norweskich milionerów. Niepozorny wygląd tutejszych domów nie powinien nas zwieść – nieruchomości w Lyngor potrafią kosztować kosmiczne pieniądze. O statusie ich właścicieli świadczy usytuowanie domu, a nie fakt, że jest on ociekającą złotem willą. Ostentacyjne bogactwo nie jest tutaj w dobrym tonie.

Po drodze wciąż natykamy się na różnych przedstawicieli norweskiej fauny. Z bliska oglądamy foki, odpoczywające na wystających z wody skałach. Czysta woda, czyste powietrze, nieskażona przyroda. A więc są jeszcze takie miejsca na świecie, gdzie ludziom udało się nie zepsuć natury.

Norwegia
Sandoya, Norwegia
Sandoya, Norwegia
21.08.2019

Dziś w planie jest Jettegrytene. Kocioł erozyjny tuż przy elektrowni wodnej, w którym Norwegowie urządzili sobie naturalny aquapark. Miejsce jest zamknięte poza sezonem, ale okolica jest dzika i taka jakby „alaskańska”, więc obie z mamą robimy sobie spacer wzdłuż drogi, podziwiając krajobrazy i wdychając świeże powietrze. Ruchu na drodze w zasadzie nie ma, ale gdzieniegdzie spotykamy zbieraczy jagód lub grzybów. W Norwegii spotkanie drugiego człowieka – z uwagi na niską gęstość zaludnienia – jest takim wydarzeniem, że przechodnie pozdrawiają ciepło zupełnie obcych ludzi. Podoba mi się to. Wracamy do domu na obiad. Tuż za naszym oknem pasą się puchate krowy. To podobno jakaś szkocka rasa.

Po południu znowu jedziemy „w dzicz”, na kolejną bezludną wyspę, zwaną Wyspą Zadumy. Po drodze mijamy położone na uboczu domostwo, gdzie kręcono norweski reality show, w którym uczestnicy musieli odrzucić zdobycze cywilizacji i żyć jak ludzie w ubiegłych wiekach. Jeśli będzie kolejna edycja tego show, to się zgłaszam!

Przechodzimy przez las, pełen mchu, paproci i mrówek. Zadziwiający ekosystem i sceneria jak z filmu fantasy. Na wyspę wkraczamy przez mostek, przerzucony nad czystą wodą, w której żyją różne morskie stworzenia. Wyspa jest bardzo ciekawa pod względem geologicznym, odkrywamy nawet żyłę kwarcu. Wszędzie rosną wrzosy, akurat w pełnym rozkwicie, targane wiatrem znad morza. Zupełnie jak na wrzosowiskach z Wichrowych Wzgórz. Wiktor robi nam fajną sesję zdjęciową.

Niestety nie znam norweskiej nazwy Wyspy Zadumy (edit: nazywa się Grundesundholmen), ale skoro prawie wszystkie nazwy wysp kończą się tutaj na „-oya”, to nazywam ją roboczo Zadumoyą. Kalvoya i Zadumoya to oficjalnie moje ulubione miejsca w Norwegii.

Norwegia
Norwegia
Grundesundholmen
22.08.2019

Nawet nasze szczęście do pogody musiało kiedyś mieć swój kres. Dzisiaj przez pierwszą część dnia intensywnie pada i siedzimy uwięzieni w domu. Bardzo miłe to więzienie, bo hytta Agi i Wiktora jest jak żywcem wyjęta z książek o hygge. Oglądamy filmy i gramy w gry, a w kominku pali się ogień. Przydaje się takie spokojne przedpołudnie. Na obiad mój hit z tutejszego menu – gulasz z renifera. Monopol na hodowlę reniferów mają w Norwegii Saamowie, czyli Lapończycy, ale mięso tych zwierząt jest powszechnie dostępne. Staram się ograniczać jedzenie mięsa ze względów ekologicznych, ale prędzej wyginę niż zostanę weganką. Renifer jest przepyszny.

Po południu jedziemy zwiedzać na piechotę (to znaczy tym razem nie z morza) Lyngorporten, czyli małą Wenecję. Dzień kończymy w Tvedestrand – mieście, w którym jest najwięcej księgarń w przeliczeniu na liczbę mieszkańców w Norwegii. Od Wiktora dowiadujemy się, że w części z nich można kupić książki w Bokmal, a w części w Nynorsk – co oznacza dwa języki urzędowe w Norwegii. W ogóle i Agnieszka i Wiktor mają ogromną wiedzę. Wiedzą nawet więcej ode mnie (jak widać jest to możliwe), co mi imponuje, ale także wchodzi na ambicję. Zrobiłam sobie zdjęcie ich półki z książkami, żeby je przeczytać i wiedzieć to samo. Nie oznacza to jednak, że źle się czuję w ich towarzystwie. Z Agnieszką rozmawiam o filmach i serialach, z Wiktorem o kosmosie i nie mam przy tym poczucia, że się wymądrzam. Bezcenne chwile!

Jeśli mowa o kosmosie, to wyszliśmy dzisiaj oglądać niebo przez teleskop. Warunki do obserwacji są tutaj idealne, bo na naszym odludziu nie ma zanieczyszczenia światłem. Widziałam Jowisza i Saturna z jego pierścieniami. Taki widok pozwala spojrzeć na ziemskie problemy z właściwej perspektywy.

Gjeving
Tvedestrand
23.08.2019

Dzień odlotu do Polski. Samolot mamy dopiero wieczorem, ale wyruszamy z resztą grupy w stronę lotniska. Normalny organizator pewnie zostawiłby nas samym sobie w oczekiwaniu na lot. Ale nie Nordtrip. Wiktor zabiera nas do pobliskiego Sandefjord. To miasto o bogatych tradycjach wielorybniczych, co widać na każdym kroku. Stoi tutaj fontanna poświęcona wielorybnikom, a wiele miejsc ma w nazwie hval, czyli właśnie wieloryb. Idziemy do muzeum wielorybnictwa, gdzie oglądamy autentyczne szkielety morskich stworzeń np. szczękę płetwala błękitnego i szkielet orki, który można by łatwo pomylić ze szkieletem tyranozaura. Następnie idziemy na statek wielorybniczy, zakotwiczony w porcie Sandefjord.

Docieramy na lotnisko. Żegnamy się z Wiktorem i instalujemy w terminalu. Aż trudno się przyzwyczaić do takiego tłoku. W poprzednich dniach Norwegów spotykaliśmy naprawdę sporadycznie. Jakiś czas później siedzimy już w samolocie do Polski. Lądujemy na Ławicy, gdzie czeka już na nas mój tata. Wracamy do domu. Jak twierdzi mój tata: „lepsze od nordic walking jest Polish bed”, ale ja bardzo się cieszę, że miałam tydzień odpoczynku od naszego kraju i szarej rzeczywistości dnia codziennego.

muzeum wielorybnictwa
statek wielorybniczy
Sandefjord

O organizację mojej podróży do Norwegii perfekcyjnie zadbał Nordtrip.

Po pierwszą część norweskiego pamiętnika z wakacji możecie sięgnąć tutaj.

Pozostałe wpisy z Norwegii możecie przeczytać tutaj.

Inne posty z kategorii Pamiętnik z wakacji znajdziecie tu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.