MAMMA MIA! Zostałam menelem!

W ostatnich latach mój Sylwester zawsze wyglądał podobnie: spędzałam go w domu, zajadając pączki („od północy się odchudzam”) i oglądając maraton z Jurassic Park. Ta formuła jednak zdecydowanie się już wyczerpała – w końcu skoro każda okazja do świętowania jest dobra, to szczególne okazje trzeba tym bardziej świętować w szczególny sposób. W tym roku miało być zatem inaczej, co więcej, miałam spełnić swoje marzenie i pójść na musical MAMMA MIA! do Teatru Muzycznego ROMA w Warszawie.

O polskiej wersji słynnego musicalu nasłuchałam się i naczytałam samych dobrych rzeczy i okropnie zazdrościłam wszystkim, którzy widzieli MAMMA MIA! na żywo przede mną. Zresztą, sami rozumiecie: dla osoby, która śpiewa piosenki ABBY podczas zmywania naczyń, a filmową wersję MAMMA MIA! widziała już niezliczoną ilość razy, to po prostu pozycja obowiązkowa. Poczatkowo wcale nie zależało mi na tym, żeby obejrzeć MAMMA MIA! właśnie w Sylwestra. Jak się jednak okazało, bilety na spektakl były wykupione na kilka miesięcy naprzód. Wolne miejsca znalazłam dopiero na specjalnym, sylwestrowym przedstawieniu MAMMA MIA!. W ten sposób swoje plany na Sylwestra znalam już z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem i tylko czekałam na pytania, jak będę witać Nowy Rok. Móc odpowiedzieć: „W teatrze ROMA, na MAMMA MIA!” to przecież szczyt lansu!

Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany dzień i, wyposażona w starannie obmyślaną kreację i produkty do makijażu, dzięki którym miałam wyglądać jak człowiek, wyruszyłam do Warszawy na mój burżujski Sylwester. Wszystko było fajnie, pozostawał tylko jeden problem: spektakl kończył się około godziny 22.00 i konieczne stało się znalezienie pomysłu i miejsca na dotrwanie do północy. Usłyszałam, że Nowy Rok będziemy pewnie świętować na Dworcu Centralnym, ale wtedy uznałam to jedynie za dobry żart. Byłam pewna, że nie warto martwić się na zapas: jakaś knajpa na pewno będzie otwarta i nie będziemy musieli witać Nowy Rok na dworcu, jak menele.

W teatrze ROMA przesympatyczny personel powitał nas kieliszkiem szampana i pralinkami Lindt’a. Przybyliśmy na tyle wcześnie, że udało nam się zająć dobre miejsca tuż przed drzwiami do foyer – na schodach, z których mogliśmy obserwować napływających powoli przedstawicieli warszawskiej elity. Nie ma to jak high life wśród high society! W końcu wpuszczono nas na salę.

MAMMA MIA!

Teatr ROMA, przed spektaklem. Ja w wersji lans, jeszcze zanim zostałam menelem z Dworca Centralnego.

W folderze o MAMMA MIA!, wydanym przez Teatr ROMA, przeczytalam, że międzynarodowym sloganem przedstawienia stało się hasło: THE ULTIMATE GOOD-TIME MUSICAL! (czyli: po żadnym musicalu nie poczujecie się lepiej!). Trudno o prawdziwsze stwierdzenie, bo powiedzieć o MAMMA MIA!, że jest to spektakl, który wprawia w dobry nastrój, to zdecydowanie za mało. Po obejrzeniu musicalu uśmiech nie będzie Wam schodził z twarzy przez wiele godzin. Podobnie czułam się także po obejrzeniu filmowej wersji, ale możliwość zobaczenia MAMMA MIA! na żywo dostarcza wrażeń, których nie zapewni Wam pobyt w kinie. Musical MAMMA MIA! w Teatrze ROMA to muzyka ABBY wykonywana na żywo przez prawdziwą orkiestrę, absolutnie profesjonalni aktorzy (spróbujcie kiedyś śpiewać i tańczyć jednocześnie – to strasznie trudne, a żeby robić to dobrze, po prostu trzeba mieć niezwykły talent) i dynamiczne układy choreograficzne, które sprawiają, że masz ochotę wskoczyć na scenę i bawić się razem z obsadą, a to wszystko na tle i z wykorzystaniem pięknej scenografii. Wszystkie piosenki przetłumaczono na język polski, można też usłyszeć kilka utworów, które nie znalazły się w filmie. Oczywiście najbardziej efektowny jest finał, kiedy cała publiczność (nawet największe sztywniaki) podrygują w rytm Dancing Queen i śpiewają razem z aktorami Waterloo, podczas gdy z sufitu sypie się srebrne konfetti.

Było cudownie, pomimo że zapomniałam o jednej bardzo ważnej rzeczy: o jedzeniu. Tak mnie pochłonęły przygotowania do wielkiego wyjścia (polegające głównie na strojeniu się i robieniu sobie make-up’u), że ostatni posiłek zjadłam wiele godzin przed spektaklem i była to paczka misiów HARIBO. Potem wypiłam serwowanego w teatrze szampana (na pusty żołądek). Nic dziwnego, że pod koniec spektaklu zrobiło mi się słabo i z głodu bolała mnie głowa. A morał z tej historii płynie taki – zapamiętajcie go na zawsze:

Makijaż nie jest ważniejszy od jedzenia.

Uratowała mnie pralinka Lindt’a, której dotychczas nie zjadłam.

Po skończonym przedstawieniu było jednak jasne, że muszę coś zjeść i to niezwłocznie. W oddali słychać było odgłosy sylwestrowych zabaw, ale restauracje, które mijaliśmy po wyjściu z teatru były pozamykane. Temperatura spadła grubo poniżej zera, co po pierwszych ciepłych tygodniach zimy było szczególnie dotkliwe. Wreszcie dostrzegliśmy po drugiej stronie ulicy żółte „M” – ratunek był blisko. Jak się po chwili okazało McDonald’s znajdował się w hali (tadaaam!) Dworca Centralnego. Dotarcie tam wymagało co prawda kwadransa kluczenia po sieci przejść podziemnych, ale wizja, w której zatapiam zęby w cheesburgerze dodawała mi sił. W końcu dotarłam do szklanych drzwi raju, za którymi wesoło błyskały podświetlane tablice z menu. Już, już chwytałam za klamkę, gdy zjawił się groźnie wyglądający pan ochroniarz i wskazał na kartkę przyklejoną na drzwiach: „PRZERWA TECHNICZNA. ZAMKNIĘTE”. Serio? Serio?! Nie dość, że istotnie spędzałam Sylwestra na Dworcu Centralnym, to jeszcze nie miałam nic do jedzenia. Z zazdrością patrzyłam na innych meneli z dworca, którzy zajadali wspólnie jakieś chrupki.

Sylwester na Dworcu Centralnym

To ja, już jako menel z Dworca Centralnego.

Jedynym czynnym obiektem w pobliżu była apteka 24h. Zaczęłam się już zastanawiać, czy tabletki mają kalorie. W aptece poinformowano nas, że na dolnym poziomie dworca „coś” powinno jeszcze być otwarte. Kiedy już tam dotarliśmy okazało się, że tym „czymś” była Costa Coffee. Otwarta. Chwała Ci Dworcu Centralny! Chwała Ci Costa Coffee! Byłam uratowana. Po chwili dostałam mój sylwestrowy posiłek, który wyglądał właśnie tak:

DSC07829

W kawiarni zgromadziło się mnóstwo ludzi, którzy z różnych powodów spędzali Sylwester na dworcu. Panowała bardzo fajna, gwarna atmosfera. Zostałam w cudowny sposób uratowana od śmierci głodowej. Wszystkim nam odpisywał świetny humor. Sylwester na Dworcu Centralnym, jakkolwiek brzmi to dość absurdalnie, może okazać się całkiem dobrym pomysłem.

Z Dworca Centralnego wróciliśmy taksówką do hotelu. Nowy Rok powitaliśmy już w ciepłym hotelowym pokoju – po luzacku, w piżamach. W końcu w żadnej balowej sukni nie wyglądałabym tak dobrze jak w mojej czerwonej piżamie w misie HARIBO.

Jestem bardzo ciekawa, jak Wy spędzaliście Sylwestra i bardzo chętnie poczytam o tym w komentarzach!

Zapisz