Lubuskie poza zasięgiem

Pierwszy weekend lipca spędziłam na spływie kajakowym. Czytam to zdanie i wciąż nie mogę uwierzyć, że to prawda. To była pierwsza tego typu eskapada w moim wykonaniu, nie wiedziałam więc, czego się po niej spodziewać. A zatem, jak to mam w zwyczaju, spodziewałam się najgorszego. Miałam też jednak w perspektywie powrót do znanych mi jedynie powierzchownie malowniczych miejsc, jakie oferuje województwo lubuskie. Nie mogło być aż tak źle.

Lubuskie jest magiczne. Magiczne pod tym względem, że stanowi portal do innego czasu. Wystarczy zjechać z głównej drogi za Świebodzinem, by przenieść się nagle 100 lat wstecz. Zasięg sieci komórkowej znika, za to sporadycznie wyrastają dawne, niemieckie wioski z ceglanymi domami, skupionymi wokół poewangelickiego kościoła o szpiczastej wieży. Nie ma żywego ducha, wreszcie pokazuje się chłop, prowadzący rower z przytroczoną do niego kosą. Sceneria jest tak różna od wielkomiejskiego świata, że można by się zastanawiać, czy aby na pewno wciąż jesteśmy w XXI w. Przy czym wioski wcale nie sprawiają wrażenia opuszczonych, czy zaniedbanych. Mają w sobie natomiast mnóstwo nostalgicznego uroku. Musiałam się powstrzymywać, by nie zażądać od kierowcy zatrzymania się na sesję fotograficzną – wówczas jednak nie dojechalibyśmy na miejsce do późnego wieczora. Chciałabym wrócić tam kiedyś wyłącznie w fotograficznym celu.

lubuskie

Naszą bazę wypadową stanowił ośrodek Anapausis nad Jeziorem Gryżyńskim. Mieliśmy do dyspozycji domek letniskowy – jeden z wielu wchodzących w skład ośrodka. Warunki były skromne, ale w domku była łazienka i czysta pościel, więc w zasadzie niczego więcej do szczęścia nie było nam potrzeba. Na terenie ośrodka znajdują się także domki o podwyższonym standardzie. Odważniejsi z nas zdecydowali się na nocleg w namiocie. Czas spędzaliśmy oldschoolowo: grillując, organizując wyprawy nad jezioro, grając w Taboo i słuchając przebojów z czasów kolonii i wycieczek szkolnych.

Przed wyruszeniem na kajaki byłam mocno zestresowana. Zadręczałam moich towarzyszy pytaniami w stylu: Jak się ubrać? Czy dostaniemy kapoki? Co zrobić, jak się przewrócę? Czy nie zakleszczę się w kajaku odwróconym do góry dnem? Wywrotka była, w moim przekonaniu, nieunikniona i jedyne, co mogłam zrobić, to opracować metodę, pozwalającą zminimalizować doznany uszczerbek.

Punktualnie o 10.00 zapakowaliśmy się do furgonetki, która miała nas zawieźć na miejsce wodowania. Po drodze, na ryneczku jednej z mijanych wsi, czekała na nas przyczepka z żółtymi kajakami. Wysiedliśmy przy niewielkim mostku, gdzie podzieliliśmy się na pary i zwodowaliśmy kajaki na rzekę Ołobok, lewy dopływ Prosny, przepływający przez Międzyrzecki Rejon Umocniony.

lubuskie

Szczerze, byłam pewna, że pierwszy upadek do wody zaliczę już przy wsiadaniu do kajaka. Kajaki okazały się jednak mniej chybotliwe niż przypuszczałam. Najważniejsze to postawić nogę dokładnie na środku dna kajaka i starać się utrzymać środek ciężkości w tej osi. Wiedziałam już, jak wsiąść do kajaka, nie wiedziałam jeszcze jak z niego wysiąść, ale postanowiłam, że będę się tym martwić później.

Pierwsza przeszkoda czekała na nas już na starcie. Musieliśmy się bowiem przedzierać przez obszar zarośnięty trzciną. Byłam lekko przerażona, bo w moich wyobrażeniach właśnie tak mogłaby wyglądać przeprawa przez rozlewiska Amazonki. Ilość życia (czytaj: robactwa), gnieżdżącego się w zaroślach była zdumiewająca. Zawsze to jakaś forma przygody – powtarzałam sobie jak mantrę. Kiedy wydostaliśmy się z trzciny, a koryto rzeki stało się bardziej regularne, wiosłowanie szło mi już znacznie lepiej. Zresztą, ku mojemu zaskoczeniu, nauka wiosłowania i sterowania kajakiem przychodziła mi dość łatwo i naturalnie. Widocznie, jeżeli chodzi o walkę o przetrwanie, człowiek odkrywa w sobie umiejętności, o których posiadanie wcześniej by się nie podejrzewał.

lubuskie

Spływ w istocie był dla mnie formą survivalu. Dla takiego Beara Gryllsa pewnie byłaby to bułka z masłem. Ja jednak mam nieco niższy od niego współczynnik zdolności przetrwania i dla mnie trasa spływu okazała się dość trudna. Organizatorzy robili wprawdzie co mogli, by jak najlepiej przygotować trasę, nawet oni nie potrafili jednak zaradzić dramatycznie niskiemu poziomowi wody i absolutnemu brakowi nurtu. Dodatkowym utrudnieniem było pięć poniemieckich śluz, nad którymi trzeba było przenosić kajaki lądem. Ich dźwiganie wzięli na siebie co prawda chłopacy, ale i tak pokonanie trasy wiązało się ze sporym wysiłkiem fizycznym. Najtrudniejszym fragmentem spływu okazało się dla mnie rozlewisko tuż przed metą, na którym ugrzęźliśmy w przyklejających się do wioseł glonach. Wygrzebanie się z nich wymagało od nas zaangażowania wszystkich sił, jakie nam jeszcze zostały. Przepływanie pod zwalonymi konarami drzew też do najłatwiejszych nie należało.

Nie chcę jednak, byście odnieśli wrażenie, że nie czerpałam ze spływu żadnej przyjemności. Było wręcz odwrotnie! Lojalnie informuję was tylko, czego możecie się spodziewać podczas spływu Ołobokiem. Nie mogło być zbyt łatwo, bo przeprawa straciłaby swój walor przygody. Nic złego zresztą mi się nie przytrafiło. Udało mi się nawet nie wpaść do wody. A skoro ja ogarnęłam spływ, to wam tym bardziej powinno się to udać.

lubuskie

Trasa może i nie była łatwa, ale różnorodna, a przez to ciekawa. Jej największą zaletą jest bezpośredni kontakt z przyrodą, w wymiarze, na jaki nie możemy liczyć, mieszkając w mieście. Naoglądałam się za dużo seriali, więc krajobraz wydawał mi się dość… postapokaliptyczny. Tak, jakby na Ziemi nagle zabrakło ludzi, jakby natura wydarła im władanie nad planetą. Mijały nas startujące łabędzie, z zarośli nagle wyfruwała parka zimorodków i jeszcze te wszechobecne niebieskie ważki, które można by pomylić z leśnymi wróżkami z bajek dla dzieci.

Stanowczo odradzono mi zabieranie z sobą jakichkolwiek sprzętów elektronicznych. Zresztą, posiadanie telefonu przy permanentnym braku zasięgu na niewiele by się zdało. Niestety przez to nie posiadam własnej dokumentacji fotograficznej ze spływu. Z drugiej strony – sama nie wierzę, że to piszę – czasami warto porzucić ciągłe pstrykanie fotek na rzecz obserwowania otoczenia i zapisywania przewijających się widoków w kadrach naszej pamięci.

lubuskie

Wreszcie, po ponad sześciu godzinach wiosłowania z przerwami na jedzenie i picie, naszym oczom ukazała się meta: gospodarstwo Cząbry, jedyny dom na trasie. Cywilizacja! Tam czekała już na nas kawa i herbata, przygotowana ręką sympatycznej właścicielki. Z kolei jej małżonek był tak uprzejmy, że specjalnie nadłożył drogi podczas powrotu, abyśmy mogli uzupełnić nadszarpnięte zapasy żywności w jedynym czynnym sklepie w promieniu wielu mil. Przy okazji dowiedzieliśmy się od niego wiele o historii regionu i urokach życia na peryferiach cywilizacji.

Jak dla mnie, w kajakach najlepsze było nie samo kajakowanie, ale możliwość zupełnego odcięcia się od nowoczesności. Myślę, że wszyscy odczuwamy pewne dekadenckie zmęczenie światem współczesnym. Kilka godzin spędzonych „pośrodku niczego” to dobry sposób na emocjonalny reset i spojrzenie na naszą planetę nie z perspektywy człowieka – władcy świata, lecz jednego z elementów ekosystemu.

Gryżyna

Zdjęcia zostały zrobione nad jeziorem Gryżyna.

Nasz spływ organizowało gospodarstwo Cząbry, które gorąco wam polecam! Już dawno nie spotkałam tak serdecznych i dbających o swoich klientów ludzi. Myślę, że każdy z uczestników mojej wycieczki może się pod tym podpisać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.