Lot do Aten. Z pamiętnika spanikowanej pasażerki – część 2

Zgodnie z obietnicą, przedstawiam Wam drugą część moich wrażeń z podróży samolotem do Aten. Wszystkich tych, którzy nie znają jeszcze części pierwszej, zachęcam do jej przeczytania tutaj. Zapraszam na pokład!

No więc zrobiłam to. Wsiadłam do samolotu i lecę. Jeszcze przez dwie godziny i czterdzieści minut mam żałować, że oglądałam Oszukać przeznaczenie 1. Tymczasem samolot przebija się przez te okropne chmury zalegające nad Modlinem. Przez okna widać tylko otaczające maszynę mleko. I nagle wylatujemy ponad chmury, a ponura aura ustępuje zapierającemu dech w piersiach zachodowi słońca. Z tej perspektywy wygląda niesamowicie! Obłoki w dole wyglądają jak delikatnie pofalowane morze, oświetlone złoto-różowymi promieniami naszej matczynej gwiazdy. Myślę, że jeśli to ma być ostatnia rzecz, jaką zobaczę w życiu, to przynajmniej jest to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie kiedykolwiek widziałam. Mam łzy w oczach, a wierzcie mi, ja nie wzruszam się łatwo.

Moje pełne uniesienia chwile w przestworzach skończyły się z momentem, w którym zgasły kontrolki „zapiąć pasy”. Dokładnie wtedy niektórzy pasażerowie (z przykrością stwierdzam, że moi rodacy) zaczęli jak dzicz biegać tam i z powrotem po pokładzie samolotu, spacerować z dziećmi, przeciskać się do toalety. Przecież niemożliwe, żeby im wszystkim zachciało się siku po pięciu minutach od startu!!! Niestety trwało to praktycznie aż do lądowania. Zawsze znalazła się jakaś osoba, która z bliżej nieznanych mi powodów musiała przemaszerować się głównym przejściem, przeciskając się pomiędzy stewardessami z wózkiem a siedzeniami. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego oni wszyscy nie mogą po prostu usiąść na miejscach i skupić się na tym, żebyśmy nie spadli???

Wciąż zestresowana, przez większość lotu obserwowałam zachowanie załogi i innych pasażerów, poszukując w ich minach i sposobie zachowania symptomów ewentualnego zagrożenia. Serce biło mi mocniej za każdym razem, gdy wydawało mi się, że jakaś stewardessa przyspiesza kroku. Ponieważ jednak nie dostrzegłam żadnych oznak niepokoju, postanowiłam pogrążyć się w lekturze i cieszyć tym, że przez ponad dwie godziny mój telefon ma prawo być wyłączony. Po pewnym czasie stało się jednak to, czego najbardziej się obawiałam. Pasażerowie nadal urządzali harmider, nawet podczas ogłaszania komunikatu przez stewardessę, więc niewiele słyszałam, ale udało mi się wyłapać to straszne słowo na „t”. Biorąc pod uwagę zasłyszane wcześniej opowieści, spodziewałam się gwałtownego opadania samolotu w dół i innych okropnych rzeczy. Byłam więc przygotowana na najgorsze. Nie muszę oczywiście dodawać, że informacja o turbulencjach nie zrobiła na nikim poza mną specjalnego wrażenia.

Moje fatalistyczne wyobrażenia na szczęście się nie sprawdziły. Turbulencje – owszem były, ale odczuwałam je jedynie jako delikatne drgania. Przypominało to trochę wrażenia z jazdy pociągiem po torach. Ponieważ jeżdżę pociągiem dwa razy w tygodniu, mogę powiedzieć, że te drobne turbulencje miały na mnie nawet uspokajający wpływ. Wyobrażałam sobie, że oto siedzę w bezpiecznym i jak najbardziej naziemnym wagonie Przewozów Regionalnych. Jak na ironię, książka, którą miałam na pokładzie to Dziewczyna z pociągu Pauli Hawkins. Tak więc przez resztę lotu czytałam całkiem niezłą książkę, a pociąg-samolot sunął po podniebnych torach. W końcu, a było już wtedy całkowicie ciemno, maszyna zaczęła obniżać lot, a w dole ukazały się światła wielkiego miasta. Dotarliśmy do Aten. Po chwili koła samolotu dotknęły powierzchni pasa startowego, a ja mogłam powiadomić najbliższych o moim szczęśliwym lądowaniu.

Pomimo że przed wylotem czytałam te wszystkie okropne komentarze i opinie o tanich liniach lotniczych, to muszę stwierdzić, że żadne z nich się nie potwierdziły. Oczywiście, latając za niewielkie pieniądze nie możemy się spodziewać luksusów, ale to nie one są przecież najważniejsze. Dla mnie najbardziej liczyło się bezpieczeństwo i nie mam najmniejszych powodów, by twierdzić, że było ono zapewnione w mniejszym stopniu niż w przypadku mojego poprzedniego lotu do Portugalii liniami renomowanego biura podróży. Oczywiście mam pod tym względem znikome doświadczenie, ale jednocześnie jestem na punkcie bezpieczeństwa strasznie przewrażliwiona (chyba nikt, kto przeczytał obie części wpisu nie może mieć co do tego żadnych wątpliwości). Nie mogę więc powiedzieć o moim przewoźniku złego słowa. W odróżnieniu od pasażerów…

Po pełnym przygód pobycie w Atenach znów znalazłam się na lotnisku, by wrócić do Polski. Kiedy przeszłam już wszystkie stopnie odprawy i czekałam na boarding, uświadomiłam sobie, że słowem, które najczęściej pada wśród zgromadzonych wokół mnie ludzi, są odmieniane przez wszystkie przypadki „pieniążki”. Od razu poczułam się jak w kraju! Niestety w bardzo negatywnym sensie. Nie wiem, czy jest to relikt naszej historii, która wymusiła na nas wykształcenie strategii zaczepno-obronnych podczas stania w kolejce, ale w Polakach, jeśli tylko ustawić ich w ogonku, automatycznie uruchamia się instynkt walki o przetrwanie i o własny interes, co wyklucza najwidoczniej zachowanie zwykłej ludzkiej uprzejmości. Podam Wam przykład: w kolejce do busików, które miały nas przewieźć do samolotu, stała kobieta, lat czterdzieści kilka. Przeciskał się do niej z wielką walizką chłopiec, na oko lat dziesięć, pewnie jej synek. Po drodze potrącił stojącego za matką mężczyznę, który jakoś tam na niego warknął. Matka-Polka natychmiast przybrała pozę zawodnika sumo i minę maoryskiego wojownika, gotowa bronić swoje skrzywdzone potomstwo.

– No co, przepychał się! – powiedział ten facet.

– To pan go popchnął! – obruszyła się kobieta – To jest dziecko! Powiedział przepraszam! A pan go popchnął! Trzeba było zrobić miejsce, jak pan słyszał, że mówi przepraszam! Trzeba było mu ustąpić!

Po czym odwróciła się zadzierając głowę, z wyraźną satysfakcją, że oto udało jej się sprowadzić tego impertynenta do parteru. Bo ona nie da sobie w kaszę dmuchać! Ona jest teraz w podróży, na lotnisku i zaraz leci samolotem. Tak, leci samolotem. Obserwując całą scenkę, trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że żeby osiągnąć poziom wysokości swojego ego, musiałaby raczej wsiąść w prom kosmiczny, a nie w samolot. W Atenach często brano mnie i moją grupę za Rosjan i w tamtym momencie uświadomiłam sobie, jaka to była nobilitacja.

Jeszcze bardziej wstyd za Polaków (lotem na trasie Ateny – Warszawa nie podróżowali prawie żadni obcokrajowcy) było mi, kiedy opuszczałam  pokład samolotu po szczęśliwym (uff!) lądowaniu w Modlinie i musiałam oglądać te wszystkie puszki po Pepsi porozrzucane pomiędzy siedzeniami. Może i przy siedzeniach nie było koszy na śmieci, ale to nie znaczy, że można rzucać odpadki gdzie popadnie. Naprawdę takim problemem jest zabranie ich ze sobą i wyrzucenie kilkadziesiąt metrów dalej w hali lotniska??? I jeszcze jedno: Polacy mają naprawdę piękny zwyczaj, by nagradzać każde lądowanie oklaskami i w ten sposób dziękować pilotom i załodze za bezpieczny i komfortowy lot. Jednocześnie ci sami Polacy chwilę potem wyrzucają swoje śmieci na podłogę samolotu i pewnie ta sama załoga, której przed chwilą tak pięknie dziękowali, będzie je musiała po nich zbierać. Ludzie! Stewardessy i stewardzi nie są od tego! W ten sposób okazujecie skrajny brak szacunku wysoko wykwalifikowanym pracownikom, którzy zadbali o Wasze bezpieczeństwo podczas lotu i bezpiecznie sprowadzili Was z powrotem na ziemię. A nawet gdyby linie / lotnisko miały do tego celu własne sprzątaczki, to zmuszanie kogokolwiek, by schylał się pod siedzenia, żeby podnieść Wasze puszki po napojach jest niczym innym, jak zwykłym chamstwem.

Przykro mi, że musiałam zakończyć wpis w ten sposób, ale skoro prowadzę bloga i mam dzięki temu możliwość wypowiadania się publicznie, to chciałabym zwrócić się z apelem do „prawdziwych” Polaków: jeżeli już wyjeżdżacie za granicę, to pamiętajcie, że reprezentujecie nasz kraj i że Wasze zachowanie wpływa na to, jak nas postrzegają ludzie innych narodowości, więc zachowujcie się przyzwoicie!

Jestem bardzo ciekawa, czy się ze mną zgadzacie. Nie ukrywam, że jakieś głosy wsparcia zdecydowanie dodałyby mi otuchy, bo w obecnym klimacie narzekanie na to, co polskie, jest niekiedy postrzegane jako zdrada narodowa. A może macie jakieś własne interesujące doświadczenia związane z podróżą samolotem? Bardzo chętnie poczytam o nich w komentarzach, tym bardziej, że już jutro wybieram się w kolejną lotniczą podróż. Ale o tym po powrocie :)

Zapisz

Zapisz

  • Ja też niestety mam złe wspomnienia z podróżowania z Polakami. Najbardziej zapadł mi w pamięć lot do Dubaju – było to wkrótce po otworzeniu trasy Warszawa – Dubaj, trwała promocja na loty, więc pokład samolotu przepełniony był Polakami. Obok nas siedziało towarzystwo około czterdziestki, które uparło się, że upije się pokątnie wniesionym na pokład alkoholem. Na nic zdały się tłumaczenia stewardess, że picie własnych trunków jest zabronione, ale one za darmo dostarczą panom, czego tylko chcą. Oni będą pić swoje i już. Koniec końców panowie byli tak pijani, że każda próba podania im jedzenia lub picia kończyła się lądowaniem całej zawartości tacy na podłodze między fotelami… No ale, koniec narzekania, czekamy na relację z kolejnej wycieczki :)

  • Niestety, Polacy nie umieją się zachować na wakacjach. Dotyczy to szczególnie tych, którzy podróżują w grupie. Wtedy ułańska fantazja daje o sobie znać, a odwaga na wszelkie ekscesy jest tym większa, im liczniejsza jest grupa znajomych.