Lot do Aten. Z pamiętnika spanikowanej pasażerki – część 1

W weekend przed Wielkanocą byłam w Atenach. Podczas tej podróży przeżyłam (ach, podoba mi się to słowo!) mój trzeci i czwarty lot samolotem w życiu. Wcześniej w podróż drogą powietrzną wybrałam się tylko raz – do Portugalii. To jednak było już 6 lat temu i leciałam wtedy z rodzicami, więc mogłam liczyć na ich wsparcie. W pozostałych przypadkach zawsze wybieraliśmy drogę lądową, co wynikało z preferowanego przez nas sposobu podróżowania. Poruszając się samochodem czy autokarem można bowiem zobaczyć o wiele więcej niż tylko sam cel podróży. W ten sposób byłam w miejscach, których pewnie nie wybrałabym jako główny cel wyjazdu. Dzięki temu m.in. byłam w Belgradzie, przekroczyłam granicę z Macedonią i zwiedziłam Sighisoarę – miasto w Rumunii, w którym urodził się Drakula. W końcu jednak poczułam, że pora przenieść moje podróże na (dosłownie) wyższy poziom, a wyjazd do Aten był po temu doskonałą okazją. W tym wpisie chcę się z Wami podzielić moimi wrażeniami.

Przede wszystkim musicie wiedzieć, że okropnie się bałam. Przeżywałam ten lot odkąd tylko się dowiedziałam, że mam lecieć do Aten. Usiłowałam myśleć racjonalnie, ale w głowie wciąż kłębiły mi się setki myśli i wątpliwości. Uważałam mój los za na tyle niepewny, że do powrotu z Aten wstrzymałam się z uiszczeniem sporej opłaty za kolejny rok mojej dalszej edukacji zawodowej. Jednocześnie, w razie gdybym jednak miała wrócić szczęśliwie, nie przestałam ćwiczyć z Chodakowską. Oczywiście statystyki odnoszące się do środków transportu działały na moją korzyść, co jednak w żaden sposób mnie nie przekonywało. Myślę, że strach przed lataniem spowodowany jest w przede wszystkim przez zerojedynkowość szans na bezpieczny powrót i to, że po wystartowaniu nie można już się wycofać.

Nie pomagało mi też to, że miałam lecieć tanimi liniami lotniczymi, o których – wiecie – różne rzeczy się mówi. Rozważałam nawet możliwość zadania pytania obsłudze lotu, czy aby samolot ma wystarczająco dużo paliwa, ale uznałam ten pomysł za niemądry, po pierwsze dlatego, że nie chciałam robić z siebie pośmiewiska, a po drugie dlatego, że niezależnie od faktycznego stanu poziomu paliwa, nie mogłam przecież oczekiwać innej odpowiedzi niż: „Oczywiście, że tak. Lot spełnia wszelkie wymogi bezpieczeństwa”.

No ale przecież po świecie codziennie latają tysiące osób, a samolot stał się powszechnym, a często podstawowym środkiem transportu. Większość ludzi traktuje lot samolotem jako coś zupełnie normalnego, a ja nie mogłam przecież pozwolić, by moje irracjonalne obawy postawiły mnie poza nawiasem cywilizacji i podróżniczych możliwości. W mojej głowie przez kilka tygodni toczyła się więc nieustanna walka: ja – światowa babka z klasą kontra ja – paranoiczka, zatruwająca sobie życie. Postanowiłam za wszelką cenę nie dopuścić do tego, by ta druga zepsuła mi wyjazd. Naprzód Hrabino, przystojni Grecy czekają!

W tym miejscu muszę wszakże wyjaśnić, co było powodem mojego wyjazdu. Od niedawna jestem członkiem międzynarodowego stowarzyszenia, które – bez wchodzenia w szczegóły – zajmuje się działaniami na rzecz umocnienia integracji w ramach Unii Europejskiej. W Atenach odbywało się spotkanie członków tej organizacji z różnych krajów Unii. Nawet mój lęk przed lataniem nie mógł mnie powstrzymać przed wzięciem udziału w tym wydarzeniu. Poza tym – stwierdziłam – jeżeli mam ryzykować życie dla jakiejś idei, to niech to będzie Unia Europejska. Wydawało mi się to nawet dość zabawne – skoro nasi przodkowie narażali swój los dla Ojczyzny, to ja równie dobrze mogę to zrobić dla Zjednoczonej Europy.

Tak więc, wiedziona europejsko-patriotycznym uniesieniem, ostatecznie pojawiłam się na lotnisku w Modlinie w towarzystwie moich towarzyszy podróży – trójki członków stowarzyszenia, którzy również brali udział w konferencji. Po kilkudziesięciu minutach nerwowego oczekiwania przeszliśmy kontrolę bezpieczeństwa i wraz z pozostałymi pasażerami (była wśród nich spora grupa kibiców klubu piłkarskiego Kaunas z Wilna) oczekiwaliśmy na wpuszczenie na pokład samolotu. Miałam więc czas, żeby poczynić pewne obserwacje, z których płynie następujący wniosek: nikt (no dobra, prawie nikt lub nikt poza mną) nie przestrzega osławionych wymiarów bagażu podręcznego tanich linii lotniczych. Po uważnym przestudiowaniu mojego biletu dowiedziałam się, że bez wykupywania bagażu rejestrowanego mogę ze sobą zabrać na pokład samolotu jedną torbę o wymiarach 55cm x 40cm x 20 cm. Moje rzeczy zapakowałam więc w miękki plecak, który w razie czego mogłam ugnieść do właściwego rozmiaru i dla pewności zmierzyłam jego wymiary miarą krawiecką. Na lotnisku natomiast okazało się, że nikt wymiarów bagażu podręcznego nie sprawdza, a większość pasażerów mojego lotu taszczyła ze sobą na pokład spore walizy na kółkach, które na pewno przekraczały dopuszczalny rozmiar.

Wreszcie nasz samolot dokołował do miejsca boardingu i zaczęto nam sprawdzać karty pokładowe i wpuszczać na płytę lotniska. W międzyczasie piękna dotychczas pogoda zdążyła się już całkowicie zepsuć – było koszmarnie zimno, wietrznie i ponuro. Razem z pozostałymi pasażerami lotu czekałam na wpuszczenie na pokład. Z samolotu wysiadali jeszcze ludzie, którzy właśnie przylecieli z Aten do Warszawy, więc musieliśmy chwilę czekać, aż maszyna zostanie posprzątana i sprawdzona. Rozdzieliłam się ze znajomymi, którzy wsiadali z przodu samolotu, ja natomiast miałam wsiadać tylnym wejściem. Kiedy tak stałam w kolejce przed schodkami na pokład, byłam już dostatecznie blisko, by dokładnie obejrzeć samolot i przeanalizować każdą śrubkę i każdy kawałek blachy, które znalazły się w zasięgu mojego wzroku. Przerażała mnie myśl, że już za chwilę „to” miało mnie wynieść na wysokość kilku tysięcy metrów nad ziemią. Przerażały mnie ciężkie chmury i ciemne niebo (czy samoloty w ogóle mogą latać po ciemku?). Musiałam jednak przyznać przed sobą samą, że to, co mnie przeraża, jednocześnie trochę mnie fascynuje i w końcu poczułam, jak mój strach ustępuje miejsca podekscytowaniu.

Do czasu, gdy usłyszałam, jak stojąca za mną kobieta mówi do towarzyszącego jej mężczyzny: „Ej, to wygląda jak dziura. Tam, pod skrzydłem”. Momentalnie skierowałam wzrok w tamtą stronę. Pod skrzydłem rzeczywiście znajdował się ciemny fragment, który wyglądał jak dziura! Pamiętacie, jak w dzieciństwie wołało się na widok przelatującego samolotu: „Panie pilocie, dziura w samolocie!”? W tamtej chwili nie znałam bardziej idiotycznego zawołania. Tymczasem zaczęto nas wpuszczać na pokład i kolejka do schodków zaczęła posuwać się naprzód. W obliczu tego, co właśnie zobaczyłam (albo wydawało mi się, że zobaczyłam) musiałam błyskawicznie podjąć decyzję: wchodzić, nie wchodzić, wchodzić, nie wchodzić, wchodzić… Obejrzałam się na ludzi, którzy zauważyli „dziurę” – nic nie wskazywało na to, że rezygnują z wejścia na pokład. Poza tym chwilę wcześniej widziałam, jak pewien przystojniak z latarką w ręku obchodził dokładnie maszynę dookoła i sprawdzał również od spodu skrzydło, pod którym miała być dziura. Istniały więc dwie możliwości: a) przystojniak dokonywał rutynowej kontroli samolotu i stwierdził, że wszystko gra i b) przystojniak wiedział o dziurze i poszedł się jej przyjrzeć, żeby stwierdzić, czy mimo to możemy lecieć. Byłam już o krok od wpadnięcia w panikę, ale najwidoczniej zachowałam jeszcze resztki zdrowego rozsądku i postawiłam na opcję a).

Wspinając się po blaszanych schodkach, jeszcze raz przyjrzałam się miejscu pod skrzydłem. Z tej perspektywy rzekoma dziura okazała się fragmentem pomalowanej na ciemny kolor blachy. Nieco uspokojona, po chwili znalazłam się we wnętrzu maszyny. Odnalazłam swoje miejsce, włożyłam mój plecak na półkę i usadowiłam się na siedzeniu. Obok mnie siedziały dwie młode Greczynki, które trajkotały bez ustanku, tak jak tylko południowcy potrafią. Zapięłam pasy, przygotowałam sobie książkę, wodę i wertersy i wyłączyłam telefon. Samolot zaczął kołować na pasie, a ja próbowałam się skupić na prezentowanym przez stewardessy instruktarzu bezpieczeństwa, podczas gdy moje sąsiadki-Greczynki śpiewały jakąś grecką piosenkę i tańczyły na siedząco. Chociaż przyjęłam ich szampański nastrój za dobrą monetę, to jednak denerwowało mnie, że nie mogę w spokoju wysłuchać instrukcji zakładania kamizelek ratunkowych (czy na trasie Warszawa – Ateny jest jakiś duży akwen?). Samolot wjechał na pas startowy i zaczął nabierać prędkości, a mnie żołądek zaczął podchodzić do gardła. Wreszcie koła oderwały się od podłoża i maszyna zaczęła wznosić się w powietrze, zostawiając za sobą malejący w oddali Modlin.

Dalsza część relacji z lotu zostanie opublikowana w następnym wpisie. Zapraszam i obiecuję, że będzie ciekawie!

Zapisz

Zapisz