Kulinarny weekend w Poznaniu

Po tym, jak osiągnęłam szczyty moich kulinarnych możliwości, przygotowując sobie kaszę z warzywami, uznałam, że dość już gotowania na ten miesiąc i od teraz pozwolę innym gotować dla mnie. To była dobra okazja, żeby przetestować poznańskie jadłodajnie, w których jeszcze nie byłam. A trzeba przyznać, że Poznań w ostatnich latach bardzo się pod tym względem rozwinął. Sami poznaniacy też coraz chętniej korzystają z kulinarnej oferty swojego miasta i stają się bardziej świadomymi klientami. Restauratorzy natomiast starają się spełnić, a nawet wyprzedzić oczekiwania swoich gości. Dzięki temu w mieście mamy naprawdę wiele interesujących lokali, w których można zjeść coś więcej niż standardowy schabowy z frytkami, a przy okazji przyjemnie spędzić czas w miłym dla oka otoczeniu i przyjaznej atmosferze. W dzisiejszym wpisie przedstawię Wam pięć miejscówek, które odwiedziłam w minionych dniach.

1. Da Luigi

Ta niewielka włoska knajpka ma całe rzesze wiernych fanów. Mieści się na Woźnej – jednej z uliczek prowadzących do Starego Rynku. Podobno jej nazwa wzięła się od imienia jej założyciela, autentycznego Włocha. A przecież nie ma chyba lepszej rekomendacji dla włoskiego jedzenia niż to, że pochodzi od prawdziwego mieszkańca Italii. Da Luigi to pizzeria, ale można tutaj zjeść nie tylko pizzę. Jako amatorka włoskiej pasty, z przyjemnością zatopiłam zęby w zapiekanym w piecu penne z sosem serowym i szpinakiem, ale żeby przetestować wszystkie pozycje z menu, musiałabym się tam regularnie stołować chyba przez rok (na co zresztą miałabym szaloną ochotę). Niewątpliwym atutem tego miejsca są bardzo przystępne ceny – napełnić żołądek można tam już za cenę kilkunastu, dwudziestu kilku złotych – oraz bardzo sympatyczna załoga.

Da Luigi

2. Pyszna

Pyszna znajduje się na samym Starym Rynku, a więc w otoczeniu mnóstwa innych restauracji. Kiedy w miniony weekend odwiedziła mnie moja mama, szukałyśmy w tych okolicach miejsca, gdzie można by dobrze zjeść. Jak to jednak zazwyczaj bywa w przypadku zbyt dużego wyboru, zrobiłyśmy rundkę wokół rynku, ale na nic nie mogłyśmy się zdecydować. W końcu postawiłyśmy właśnie na Pyszną, która skusiła nas szeroką ofertą pierogów i przystępnymi cenami. Zamówiłyśmy porcję pierogów z wody z kapustą i grzybami leśnymi (farsz był pyszny!) oraz porcję pierogów z pieca z jagodami, które bardziej przypominały okrągłe bułeczki – bardzo apetyczne! Ponieważ dania były bardzo duże, spędziłyśmy sporo czasu na pochłanianiu ich i zamawianiu litrów picia, które miało nam pomóc przetrwać upał. Siedziałyśmy w restauracyjnym ogródku i ani się obejrzałyśmy, a zaczęli się schodzić kibice na mecz Mistrzostw Europy Polska – Szwajcaria i błyskawicznie miejsca w ogródku zaczęły się zapełniać. Ponieważ nasza miejscówka była świetna – tuż przed telewizorem – postanowiłyśmy nie porzucać jej i w ten sposób doczekałyśmy naszego historycznego zwycięstwa w ogródku Pysznej na Starym Rynku.

Pyszna Poznań

3. Cafe La Ruina

W moim wpisie o poznańskiej Śródce złożyłam sobie obietnicę, że po dwukrotnej wizycie w restauracji Raj, dotrę wreszcie do jej siostrzanej kawiarni – La Ruiny. Wreszcie nadarzyła się okazja, żeby spełnić obietnicę i na własnym podniebieniu sprawdzić, czy w legendach o tamtejszych sernikach jest chociaż ziarnko prawdy. Mimo dość późnej już pory udało nam się załapać na sernik na mleku kokosowym z malinami. I rzeczywiście, tamtejsze wypieki są w stanie złamać nawet największych przeciwników słodkości. Do tego jeszcze kawa po wietnamsku – prawdziwa siekiera z dodatkiem mleka kondensowanego. Poza tym, nie ma chyba drugiego tak klimatycznego kulinarnego miejsca w Poznaniu jak La Ruina i Raj. Kocham panującą tam atmosferę, kocham tamtejszą dbałość o każdy szczegół i dystans do prowadzonego biznesu (tak, w toalecie naprawdę są dyskotekowe światła).

Cafe La Ruina

4. Petit Paris

Bardzo się cieszę, że w Polsce zapanowała moda na celebrowanie śniadań i spożywanie ich poza domem. Coraz bardziej popularne stały się też śniadania we francuskim stylu. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu prawdziwym wyzwaniem było kupienie croissanta, dzisiaj wystarczy skoczyć po niego do Lidla. Petit Paris w Starym Browarze – zgodnie ze swoją nazwą – jest miejscem, które nawiązuje do piekarniczej kultury Francji i Paryża. Ja natomiast trafiłam tam w nadziei na odtworzenie wrażeń z mojej belgijskiej miłości – piekarni Le Pain Quotidien. Podobnie jak w Le Pain Quotidien, w Petit Paris można po prostu kupić pieczywo albo zjeść coś na miejscu. My przetestowałyśmy zestaw śniadaniowy, na który składał się koszyk pieczywa, konfitury itp. (w tym ciekawy krem z kasztanów) i kawa. Co prawda wciąż tęsknię za Le Pain Quotidien, ale jestem szczęśliwa, że mam pod nosem przypominającą go piekarnię na bardzo dobrym poziomie – na pewno będę tam częstym gościem.

Petit Paris

5. Sphinx

Ponieważ wszystkie dania, jakie jadłyśmy podczas kulinarnego weekendu były wegetariańskie, chciałyśmy to sobie odbić, jedząc coś prawdziwie mięsnego. Po krótkim researchu zaproponowałam burgery „U Rzeźników” – byłyśmy jeszcze w Starym Browarze, a to było niedaleko. Uwierzcie mi, podjęłyśmy dwie heroiczne próby wyjścia na zewnątrz, ale po fali upałów (ach, było tak cudownie!) przyszło natychmiastowe wredne ochłodzenie, wiał przejmujący wiatr i padał deszcz, któremu nawet zaopatrzone w nowe parasolki z Rossmanna nie dałyśmy rady. To okrutne, że ze słoneczka i temperatury, przy której wreszcie nie musiałam marznąć, w ciągu doby zrobiła się Arktyka i to bez globalnego ocieplenia. Komu przeszkadzało ciepełko?! Jak żyć?! „Rzeźnicy” zostali więc przełożeni na korzystniejsze warunki pogodowe, a my wylądowałyśmy w Sphinx’ie – typowej sieciowej restauracji, w której jadłam już niezliczoną ilość razy, ale – trzeba to przyznać – zawsze jadłam dobrze. Na szczęście nie musiałyśmy porzucać marzeń o burgerze, bo Sphinx też miał je w menu. I chociaż zawsze będę twierdzić, że najlepsze burgery na świecie robi mój tata, to burger Tennessee ze Sphinx’a też był bardzo dobry, a jego największym atutem był sos z czerwonej cebuli na bazie whiskey. Mniam!

Sphinx burger Tennessee

Rzecz jasna, teraz czekają mnie długie godziny ćwiczeń z Chodakowską, żeby to wszystko spalić, ale możliwość spędzenia czasu w knajpce na rozmowie i jedzeniu, zamiast codziennej gonitwy z miejsca na miejsce, jest bezcenna! Jeśli jesteście z Poznania, albo wybieracie się tutaj, koniecznie wejdźcie na instagramowy profil @tasteofpoznan oraz @smakiwartepoznania, znajdziecie tam mnóstwo rzetelnych recenzji poznańskich restauracji i apetyczne zdjęcia jedzenia. Smacznego!

Ja tymczasem czekam na Wasze komentarze – może byliście w opisywanych przeze mnie miejscach i chcielibyście się podzielić swoimi wrażeniami? A może macie własne ulubione restauracje, które moglibyście polecić?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz