Hrabina Weltmeister pochodzi z Portofino

Dokładnie rok temu opublikowałam na blogu pierwszy wpis. To oznacza, że właśnie dzisiaj są pierwsze urodziny Hrabiny Weltmeister, a ja od roku jestem blogerką. Z tej okazji postanowiłam napisać co nieco o genezie bloga i wreszcie wyjaśnić, skąd wzięła się ta dziwna nazwa. A wszystko zaczęło się we włoskim Portofino.

Mam nadzieję, że to akurat nie budzi wątpliwości moich Czytelników: rzecz jasna nie jestem hrabiną. Obco brzmiący człon Weltmeister to też nie jest żadne arystokratyczne nazwisko. Weltmeister oznacza po niemiecku „mistrz świata”. Słowo to znają na pewno fani niemieckiej piłki nożnej. Są tu tacy? Nie jestem więc hrabiną, mistrzem świata też nie jestem, chociaż znalazłoby się parę dziedzin, w których zdecydowanie zasługuję na to miano. Na przykład zamartwianie się na zapas i dostrzeganie samych czarnych scenariuszy zdarzeń. W takim właśnie nastroju jechałam na zeszłoroczne wakacje do Italii. Miało to związek z pewną trudną dla mnie sytuacją zawodową. Zastanawiałam się nawet, czy by wszystkiego nie rzucić i nie wyjechać szukać szczęścia w Berlinie. Serio, w Berlinie.

Portofino

W ramach włoskich wakacji wybrałam się z moimi Rodzicami do Portofino. Ta maleńka miejscowość na Wybrzeżu Liguryjskim słynie przede wszystkim z tego, że upodobali ją sobie ludzie ociekający sławą i bogactwem. Oczyma wyobraźni widziałam już tych wszystkich celebrytów, których spotkam, szczerze liczyłam na Clooneya, który tam podobno bywa. Niestety nic z tego nie wyszło. Co prawda w pewnym momencie wydawało mi się, że widzę piłkarza Luisa Figo, ale na dobrą sprawę nie jestem pewna, czy to był on. Mimo to Portofino mnie nie rozczarowało. Mało tego, to właśnie tam postanowiłam wziąć się w garść i nie poddawać. Pomogła mi w tym pewna fikcyjna postać, która została wyprodukowana przez moją wyobraźnię podczas wizyty w miasteczku.

Przede wszystkim musicie wiedzieć, że Portofino nie jest jakimś tam zwykłym, urokliwym portowym miasteczkiem. Portofino jest symbolem życia z rozmachem. I to nie rozmachem wynikającym z bogactwa i blichtru, ale z tego, że tam życie pochłania się wszystkimi zmysłami i bez opamiętania niczym wielką porcję spaghetti, pije wielkimi haustami jak lemoniadę w upalny dzień. Trudno stwierdzić, z czego to wynika i trudno to opisać słowami. Może to przez wszechogarniające ciepło, może to przez złote refleksy słońca na powierzchni wody, może przez szaleńczy koncert cykad po zmroku, ale masz ochotę usiąść na ławce w porcie i siedzieć tak w nieskończoność, marząc by ta chwila trwała wiecznie. Być może nie jestem w tej kwestii obiektywna, bo ja + Włochy = Wielka Nieskończoną Miłość, a zakochany człowiek zawsze idealizuje obiekt swoich uczuć niezależnie od tego, czy jest to osoba czy miejsce na mapie. Italia kojarzy mi się jednak z życiem, które jest intensywne, jak roztwór o wysokim stężeniu, jak nierozcieńczona esencja perfum.

Portofino

Nic dziwnego, że ta atmosfera od lat ściąga do Portofino śmietankę towarzyską. Ściągnęła też jednak nas – zwykłych śmiertelników z Polski. Głodni informacji o osobistościach odwiedzających miasteczko, podczepiliśmy się trochę nielegalnie pod grupę rosyjskich turystów, która zwiedzała Portofino z przewodnikiem. Mój Tata, który zna rosyjski, pilnie nadstawiał ucha, wyczekując, czy nie padnie jakieś sławne nazwisko. Wreszcie grupa zatrzymała się na placyku na wzgórzu, przy którym z jednej strony stał kościół, a z drugiej willa z wieżą w ceglastym kolorze – oba budynki pod patronatem świętego Jerzego. Jak udało nam się wychwycić, do bywalców willi mieli należeć Armani i jakaś hrabina, której nazwiska niestety nie usłyszeliśmy, a które brzmiało trochę jak Weltmeister.

Hrabina Weltmeister. Spodobało mi się takie zestawienie i od razu wprawiło trybiki mojej wyobraźni w ruch. Wyobraziłam sobie Hrabinę Weltmeister jako ekscentryczną, arystokratyczną staruszkę. Spędzałaby dnie siedząc w kawiarni przy porcie i pijąc na zmianę słynną lemoniadę z Portofino i szampana Veuve Clicquot. Wieczorami bywałaby w kasynie, obwieszona rodowymi brylantami, trwoniąc resztki schedy po byłych mężach. Miałaby minimum 80 lat, więc przeżyłaby dostatecznie wiele, by nie przejmować się niczym poza proporcjami składników w swoim drinku. Nade wszystko jednak wiedziałaby, że takim jak ona wybacza się wszystko, i ochoczo by z tego przywileju korzystała.

Chiesa San Giorgio Portofino

Castello San Giorgio

Wtedy pomyślałam sobie, że bardzo bym chciała być kimś podobnym w jej wieku. Za chwilę jednak przyszła refleksja, że wcale nie muszę czekać do osiemdziesiątki i pewne elementy stylu życia mojej fikcyjnej Hrabiny Weltmeister mogę przejąć już dzisiaj. Po pierwsze nie powinnam się przejmować bieżącymi problemami, ale pozbierać się i za żadną cenę nie poddawać. Żeby zrealizować to postanowienie, musiałam się czegoś uczepić, znaleźć coś, co pozwoli mi przetrwać okres pomiędzy tym, co nadawało sens mojemu życiu, czyli wyjazdami. Pomysł, by założyć bloga podróżniczego i w ten sposób na nowo przeżywać momenty, które były dla mnie ważne, był naturalną konsekwencją tego postanowienia.

Mogłabym napisać, że założyłam bloga, żeby przekonywać wszystkich naokoło, jakie życie i świat są cudowne, ale to nie byłaby prawda. Założyłam bloga, żeby przekonywać SIEBIE, wciąż i wciąż na nowo, że życie i świat takie właśnie są. Oczywiście nie oznacza to, że nie zależy mi na pozyskiwaniu czytelników. Zależy i to bardzo! Każda osoba, która czyta moje teksty i która w jakikolwiek sposób da znać, że jej się podobają, sprawia, że pisanie bloga ma sens i że chce mi się to robić dalej.

Portofino

Portofino

Przez ten rok dużo się nauczyłam, głównie na własnych błędach. Przede mną jeszcze bardzo długa droga i wiem, że wiele rzeczy powinnam jeszcze ulepszyć. Jednocześnie mam świadomość, że daję moim czytelnikom teksty z konkretną treścią, że wkładam w nie wiele pracy i starań. Wiem, że jeśli chodzi o sam aspekt literacki, to mój blog stoi na wyższym poziomie niż większość treści publikowanej w polskiej blogosferze. Wiem, że powinnam popracować nad jakością zdjęć i nie zaniedbywać marketingu, który do niedawna w zasadzie zupełnie olewałam.

Jeśli miałabym jakieś urodzinowe życzenie dla mojego bloga, to chciałbym, żeby czytało go więcej osób, żeby udało mi się zbudować wokół niego społeczność zaangażowanych czytelników i żeby – rzecz zupełnie podstawowa – więcej osób w ogóle wiedziało o jego istnieniu. Najlepszym prezentem urodzinowym dla mojego bloga będzie, jeśli powiesz o nim swoim przyjaciołom lub zaprosisz swoich znajomych z Facebooka do polubienia mojego fanpage’a. Ty także odwiedzaj mnie regularnie: liczę na Twoje zaangażowanie i chętnie powymieniam się z Tobą opiniami w komentarzach! Ciebie nie kosztuje to absolutnie nic, a mi daje poczucie, że to co robię ma sens!

DZIĘKUJĘ, ŻE TU JESTEŚ!

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz