Polityczny dramat w pociągu do Warszawy

Od czasu do czasu warto zajrzeć do Stolicy, łyknąć trochę wielkiego świata. Taki właśnie cel przyświecał mi i mojej mamie, kiedy postanowiłyśmy wybrać się na dwa dni do Warszawy na typowo babski wypad. Jako środek lokomocji wybrałyśmy sobie niezawodne polskie koleje. Chociaż pociąg mknął bez zarzutu, nasza podróż nie obyła się bez przygód, a to za sprawą współpasażerek. Do naszego przedziału dosiadły się bowiem dwie kobiety – matka i córka. Matka musiała chyba wyczuć płynące od nas lewackie fluidy, bo z miejsca oświadczyła, że ona nie będzie tu siedzieć i woli stać na korytarzu. Rzecz jasna, nie bez znaczenia mógł być też fakt, że siedząca obok mnie pani miała wyłożoną przed sobą Gazetę Wyborczą. No dramat, mówię Wam!   

Tak więc matka stała sobie z własnej woli na zimnym korytarzu, podczas gdy jej córka kulturalnie (bez cienia sarkazmu!) czytała kościelne czasopismo i odmawiała nowennę. My natomiast nawiązałyśmy nić porozumienia z tą panią od Wyborczej, którą szybko rozpoznałyśmy jako swoją. No dobra, mogło nam się coś wymsknąć na legalnie wybraną władzę. Mogło nam się nawet wymsknąć sporo. Coś tam wspomniałyśmy też o Kościele katolickim w Polsce i mieszaniu się księży do polityki. Tym samym wystawiłyśmy cierpliwość córki od matki z korytarza na ciężką próbę. Kiedy myślę o tym z perspektywy czasu muszę przyznać, że musiała to być z naszej strony jawna prowokacja, bo skoro my wydzielałyśmy lewackie fluidy, to ona zdecydowanie wydzielała prawicowe.

Muszę jednak przyznać, że kobieta dzielnie znosiła docierające do niej strzępy naszej rozmowy. Przynajmniej do czasu, gdy pojawił się temat księdza ze Strzelec Opolskich, który powiedział z ambony, że WOŚP zbiera na aborcję i eutanazję. „Miał rację!” – wtrąciła się nagle córka, wyraźnie zdenerwowana. Po jakimś czasie do przedziału wróciła matka. Prawdopodobnie zimno panujące na korytarzu wygrało z jej postanowieniem, by odgrodzić się od ludzi czytających Wyborczą. Gdy tylko zorientowała się, o czym rozmawiamy, zaatakowała moją mamę, wykrzykując do niej, że ma skończyć z tą polityką, nie opowiadać bzdur, że jest niby taka „ą-ę”, a jest zwykłym chamem. Była bardzo agresywna i bałyśmy się trochę, że nam przyleje. Skończyło się jednak na tym, że moja rodzicielka została przez agresorkę zgłoszona do konduktorki za „uprawianie polityki”. Na szczęście Warszawa była już niedaleko. Zdarzenie z pociągu miało też jednak swoje plusy – zyskałyśmy nową znajomą w osobie pani z Wyborczą. Mam nadzieję spotkać ją kiedyś na jakiejś opozycyjnej demonstracji, podobno chodzi na wszystkie.

Jasne, można by przyjąć, że w pociągu nie należy poruszać tematów drażliwych, takich jak polityka. Można też przyjąć, że każdy zajmuje się swoimi sprawami – jedni rozmawiają o polityce, a drudzy odmawiają nowennę i po prostu unikamy wzajemnych interakcji, tolerując odmienność światopoglądową innych. Wierzę, że w otwartym społeczeństwie nie powinno być tematów tabu. Chyba że uznamy, że w pociągu w ogóle nie można prowadzić żadnych rozmów. To jednak oznaczałoby, że nie można ich prowadzić w kolejce po bilet, w przychodni lekarskiej, na przystanku – słowem we wszystkich miejscach, w których gromadzą się ludzie. Może niedługo dojdzie do tego, że z niepopularnymi poglądami będziemy się musieli pozamykać we własnych czterech ścianach, bo za ich prezentowanie w przestrzeni publicznej zostaniemy przez „życzliwych” zgłoszeni np. do konduktora.

W ogóle ludzie mają coś ostatnio problem z byciem miłym. Nie chcę tutaj wyciągać wniosków o jakimś terytorializmie uprzejmości, ale nasze wrażenie z pobytu w Warszawie było takie, że spotkaliśmy tam znacznie więcej niemiłych ludzi niż w regionie, w którym mieszkamy na co dzień. Przykład: jesteśmy w Hali Koszyki – fantastycznym skupisku knajpek, restauracji i sklepów z żywnością. Chcemy się dostać na poziom -1 do szatni, ale widzimy, że schody ruchome prowadzące w dół są w remoncie. Pytamy pana naprawiającego schody o możliwość alternatywnego dostania się na niższy poziom. I co słyszymy w odpowiedzi? „Jest winda. Wystarczy się rozejrzeć.” – powiedziane bardzo złośliwie, dodam. Na szczęście takie przypadki potwierdzały tylko regułę, że absolutna większość osób napotkanych przez nas w Stolicy była bardzo sympatyczna i pomocna.

Zdaję sobie sprawę, że nasze społeczeństwo już dawno nie było tak podzielone i naprawdę niewiele brakuje, byśmy po prostu wzięli się za łby. Nietrudno jednak o tak skrajne emocje, skoro są one jeszcze dodatkowo podsycane przez ludzi, którzy paradoksalnie są odpowiedzialni za bezpieczeństwo i spokój w kraju. Bardzo ciężko jest całkowicie powstrzymać się od poruszania tematu polityki, gdy wdziera się ona wszędzie, nawet w najbardziej prywatne sfery naszego życia i chce nas cofnąć do średniowiecza. O ile jednak wolno nam nie lubić władzy / opozycji (w zależności, po której stronie barykady stoimy), to nie zwalnia nas to z uprzejmości wobec ludzi spotykanych przez nas w zwyczajnych, codziennych sytuacjach, nawet (a może zwłaszcza) gdy wiemy, że jesteśmy z zupełnie różnych obozów. Świat na pewno nie stanie się lepszy, jeśli będziemy wzajemnie skakać sobie do gardeł.